Potrzebujemy Cię...

99 4 0
                                    

Ulice Londynu tego wieczoru były gwarne. Ludzie przemieszczali się i tu i tam, każdy goniąc za swoimi obowiązkami. Okna niektórych kamienic jeszcze wypuszczały lekkie światło.
Siwowłosy rozglądał się ciekawsko po  twarzach, szukając tylko jednego zląkniętego wyrazu - Nicolasa.

Cień idealnie zdawał sobie sprawę z tego jaką decyzję podjął Piotruś Pan. Przecież był jego częścią, znał jego plany i zamiary w stosunku do Zagubionych chłopców.
Powoli jednak, życie w klatce, jaką zapewniał mu Pan, stało się rutyną. Sam pragnął nie być już tylko częścią tego co było mu przypisywane.

Wiedział, że Nicolas gdzieś tu jest. Tylko tutaj wir poranku mógł go zrzucić. Równowaga tego wymagała. Porwana osóbka - Wendy do Nibylandii, równowaga domagała się powrotu kogokolwiek by między światami nie pojawiło się załamanie.
Jednak, gdy Wesoły Roger opuścił wody Nibylandii, przetarł drogę mleczną na Morze Północne, a jego kotwica utkwiła w porcie Londynu, światy znów zaczęły się o siebie ocierać. Tego wieczoru było to jeszcze nie do poznania, ale wszystko miało swój kres. Nawet ta cienka nitka stabilności.

Mężczyzna kroczył tropem Nicolasa, był bliski, wiedział to. Wyczuwał zapach jego strachu, bęben kołaczącego serca rozbrzmiewał w jakimś pozbawionym lamp zaułku. 

Chłopak siedział za wielkimi worami śmieci, skulony tuż przy ścianie. Jego ręce opatulały twarz, w gorzkim żalu próbował złapać oddech. Nawet nie spostrzegł się, że ktoś nad nim stoi. Myślami błądził gdzieś obok postury Piotrusia i nie potrafił sobie wytłumaczyć dlaczego wybrał ją od niego. Jego zazdrość zżerał ckliwy smutek jak i rozczarowanie. Gnieździło się w nim tyle negatywnych emocji, które były zdane teraz na działanie innego świata...

- Co się dzieje chłopcze? - dobiegł go głos. Podniósł głowę do góry, nie ukrywając swych obaw przed... Powrotem do pewnego miejsca, które spłatało ciarki na jego karku. Ku swemu zaskoczeniu dostrzegł siwowłosego mężczyznę, którego twarz skądś kojarzył. W tym momencie nie wiedział dokładnie skąd ale... Znał tego człowieka.
- Czy my się znamy? - szepnął cicho chłopak.
- Raczej tak. Nie robiłbym sobie tak długiej wycieczki by złapać byle chłystka.

- Skąd się znamy? - pytał zmartwiony Nicolas.
- Wszystko wyjaśnię Ci na miejscu. - szepnął mężczyzna.
- Jeśli się teraz nie dowiem, nigdzie nie idę! - parsknął chłopak.
- Hm, więc trudno, Piotruś zrzucił Cię tu w ważnej kwestii, nim się obejrzysz nic nie będziesz pamiętał o Nibylandii, a czas zapieczętuje w szybkim tempie twoją ominięta dorosłość. - mruknął odchodząc wolnym krokiem.
- Czekaj! - zatrzymał go zdenerwowany Nicolas, wstał na równe nogi i podbiegł do starca. Mężczyzna zmierzył go wzrokiem, a jego oko błysnęło zielonym światłem.
- Jakim cudem tu jesteś? Nie możesz opuszczać Nibylandii. - zawahał się Nicolas, rozumiejąc kim jest osoba przed nim. - Co to za postać?
- Jestem Kapitan Smee. Nie wiem o czym do nas mówisz. - jego głos brzmiał tym razem inaczej. Wewnątrz bowiem obie świadomości rozgrywały bitwę o dominację.
- To ciało Smitha, tego ze statku? Zawładnąłeś nim, gdy ja zmieniłem Haka w dzieciaka i rozprawiłem się z Wyrocznią? Nie mogłeś mnie ratować gdy Pan wyrzucał mnie jak śmieci z Nibylandii!? - splunął sfrustrowany chłopak.
- Nie jestem tu tylko dla Ciebie. Chociaż potrzebujemy Cię.

Mężczyzna złapał Nicolasa za kark i przyciągnął bliżej swej osoby.

- Nie mam czasu, bądź wdzięczny, że tu jestem. Nie zadawaj pytań, rusz się. - parsknął pchając go przed siebie i przyspieszając kroku.

Długie nogi Smee'a przeganiały chód Nicolasa Strzały. Mężczyzna wydawał się być w rewelacyjnej kondycji. Już nie taki osłabiony i kulejący, a sprawny i pełen zdrowia.
Gwar na ulicach ustał, już taka godzina, że jedynie co jakiś czas słychać było stukot końskich kopyt i głośne obroty powozów. Kamienice stały ponuro, nawet w białym świetle księżyca. Jednak klimat londyńskich przedmieści był zupełnie inny, niż ten który znał od dobrych paru lat chłopak. Ostatki wspomnień zapętliły jego głowę. Czuł się jakby jeszcze nie tak dawno tu był... Choć minęło już wiele wiosen od tamtego czasu.

***

- Zabierzcie go do diabła! To dziecko to plaga za niewierne życie tej podłej kurtyzany! Cholerny motylek nocny, ino ćma już lepsza, ino robal spod buta.
- Siostro, uspokój naszego gościa. - mężczyzna w czarnej do kostek sutannie zwrócił się w stronę zakonnicy.
- Nie! Nie! Nie macie prawa mnie uciszać! Skoro wasz Bóg karze mnie tym! - krzyczał rozwścieczony mężczyzna, średniego wzrostu, popychając do przodu niskiego chłopaka, tak, że ten upadł na kolana. Chłopak wstał, otrzepał się z kurzu i obrócił się do mężczyzny.
- Tato, proszę cię, zlituj się... - jęknął.
Oczy mężczyzny zrobiły się gniewne, gdy usłyszał te słowa.
- Ty smarkaczu, miałeś mnie tak nie nazywać! - oburzył się, podniósł rękę na chłopca i spoliczkował go w twarz. Polik chłopca zrobił się czerwony, oczy ukryły się za szklistymi łzami, chłopak spuścił wzrok.
- Na litość najświętszej Maryi Panny, Panie Davies w domu bożym nie stosujemy przemocy! - krzyknęła przerażona siostra zakonna i schowała chłopca za swe plecy. Ksiądz ruszył na przeciw rozgniewanego mężczyzny.
- Nie może Pan wpadać do kaplicy i wybuchać gniewem, proszę się uspokoić. Czy możemy porozmawiać na osobności?
- Tak, tak, skoro jest ku temu potrzeba. Ważne byście go tylko wzieli ode mnie. - mruknął, wzdychając głęboko.
- Zapraszam za mną. - ksiądz poprowadził  zbłąkanego mężczyznę do swojego gabinetu. Chłopiec został sam na sam z zakonnicą.

- Nie płacz. - zganiła go kobieta.
Chłopiec pociągnął dwa razy głośno nosem. Jego oczy dalej opuchnięte starały się powstrzymać napływające słone krople.

W tym samym czasie święty zaprowadził mężczyznę w odosobniony kąt swego gabinetu i zamknął drzwi na miedziany spory klucz.
Dawka negatywnych emocji zdawała się już powoli ulatywać niczym para z ciała mężczyzny. Jego oczy z przerażeniem rozbiegane były po pomieszczeniu. Szukał ratunku w ramionach Boga, choć sam nie wiedział, że w tym miejscu nigdy go nie było...

- Dziecko Boże, co się z Tobą dzieje? - wydukał łysawy mężczyzna, poprawiając sutanne, tak jakby była brudna.
- Wie probosz, co plotki niosą, co się mówi o tej... bezwstydnicy. Ja prawy człowiek, nie wiedziałem, kiedy brałem ją za żonę, pamięta ksiądz? Wtedy... było inaczej, wszystko było proste, teraz te jej rytuały, słomiane laleczki, jakieś obrządki, cielesne zbytki...
- Nie przeczę, doszły mnie słuchy, o Lilian. Prawi się w świecie bez Boga, odchodzi od nas, mówisz, że to szczera prawda?
- Prawda! A to dziecko, czuje, że nie jest moje, zło w jego oczach czeka tylko na chwilę słabości z mojej strony.
- Przypuszczasz, że to  mefisto?
- Jestem tego pewien. Nie chce go... Nie mogę na niego już patrzeć. Proszę, niech go ksiądz weźmie. Podda uduchowieniu, cokolwiek, proszę tylko o to.
- Tak, to faktycznie jego pobyt mógłby wpłynąć negatywnie na Twoje życie, mógłby Cię usidlić, jeśli to ten którego wszyscy się obawiamy.
- Diabelskie nasienie! - krzyknął Davies.
- Dodam Ci otuchy na duszy i pobłogosławię twój żywot, zlękniona duszyczko.
- Dziękuję, ksiadz to prawdziwy bohater dla naszego społeczeństwa. - stwierdził mężczyzna, ruszył w stronę duchownego i uscisnał go mocno, nie hamując demonstracji  swej radości.

Klucz w drzwiach od gabinetu przekrecił się, odblokowując zamek.
Obaj panowie wyszli z pomieszczenia. Pan Davies, nie czekał ani chwili, nie chciał już patrzeć na syna, chciał powrócić do domu bez marnotrawnego dziecka.
Chłopiec siedział na ławie obok siostry zakonnej, jej twarz zlewały już zmarszczki, jej dłoń oplatała ramię chłopca, a gdy ten dojrzawszy  ojca chciał ruszyć ku jego osobie, zacisneła na nim swe szpony. Walecznie malec, lekko pojękujac wyrwał się kobiecie.

- Tato! Tato! - pisnął, gdy mężczyzna zamykał już za sobą drzwi od kaplicy.
Przystanął w żalu, a przed nim niczym mara ukazał się ksiądz...

***

Kiedy Nicolas uwolnił się od podłych wspomnień, zrozumiał, że nie bez powodu go dotknęły. Przez cały ten czas, przebywał tę samą drogę co kiedyś, drogę bez możliwego powrotu.
Smee i Strzała stali na przeciw wielkiego gmachu kościoła.
Chłopak spojrzał na Smee'a i głośno przełknął ślinę.

- Dlaczego tutaj?

Jego pytanie głucho obiło się o eter braku odpowiedzi. Mężczyzna dalej milczał jak grób, złapał za kark chłopaka i zaczął prowadzić do drzwi. Przerażony Nicolas pełen obaw stawiał minimalny opór, w końcu przy drzwiach dobiegł go straszliwy głos, który sprawił, że chłopak zjeżył się na jego brzmienie.

- Bo tutaj wszystko się zaczęło.

Dark side of Peter Pan Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz