28. Ciche dni.

12.8K 521 383
                                        

Astoria

Między mną a Kirillem nastały ciche dni.

Często słyszałam, że w małżeństwach, czy nawet w prawdziwych związkach bywały takie dni, gdzie było ciszej niż zwykle. Nigdy nie wierzyłam, że to możliwe, bo zdawało mi się, że zawsze jedna, lub druga osoba miała coś do powiedzenia i prędzej czy później ta cisza została złamana.

A jednak... okazało się, że możliwe.

Ponieważ od ostatniej naszej... nazwijmy to kłótnią ani razu się do siebie nie odezwaliśmy. Od tamtego pozornie spokojnego poranka, którego spokój został brutalnie zaburzony najpierw wizytą inspektorów z Komitetu Wojskowego, a później kłótnią dotyczącą zeszłej nocy... żadne z nas się do siebie nie odezwało.

Tkwiliśmy w dziwnym zawieszeniu. Czułam się momentami tak, jakby to Kirill ponownie wyjechał i zostałam sama skazana na siebie, ale... potem przypadkiem spotykałam go w kuchni, albo w salonie, przypominając sobie, że jednak wciąż tu był. Nie dało się zignorować całkowicie jego obecności, ale po części... owszem. Albo przynajmniej usilnie starałam się to robić, bo było to niezmiernie ciężkie. On również zdawał się to robić, chociaż miałam wrażenie, że jemu wychodziło to o wiele prościej, niż mi. Kiedy ja przyłapywałam się na tym, że potrafiłam się na niego zagapić z rogu pomieszczenia, on nie pozwalał sobie na żadne potknięcia. Kompletnie nie zwracał na mnie uwagi. Nawet kiedy otwierałam szafkę z kubkami nad okapem i nasze dłonie w tym samym momencie sięgały po ten sam kubek, ustępował i znikał pierwszy. Nie zerkał w moją stronę. Traktował mnie jak powietrze.
I po części... tak, właśnie chciałam, aby mnie tak traktował. Tyle że ja za każdym razem, kiedy patrzyłam na jego świeże siniaki na twarzy oraz wszelkiego rodzaju rozcięcia przypominałam sobie, że właśnie to było zasługą aktualnego stanu naszej relacji.

A najbardziej bolało to, że nie wiedziałam co z tym zrobić.

Chciałam być na niego wsciekła. Chciałam przypominać sobie bezustannie, że złamał złożoną mi obietnicę w sprawie pójścia do ojca i mojego brata. Chciałam winić go za to, jak bardzo mnie wtedy przeraził, kiedy wrócił do domu pobity, ledwo stojąc na nogach również przez swoje pijaństwo.

Ale mimo tego wszystkiego... mimo że zrobił coś, o co błagałam go, aby tego nie robił, za każdym razem, kiedy mijałam go na korytarzu, w salonie, kiedy siadał na kanapie, widziałam, jak raptownie wstrzymywał powietrze i zaciskał zęby, gdy czuł ból pod żebrami - czułam potworne ukłucie winy.

Każdorazowo, kiedy widziałam, że próbuje sam zmienić sobie opatrunek chciałam podejść i zrobić to za niego. Pomóc mu. Jakoś uśmierzyć ból, który nosił w pewnym sensie przeze mnie, bo to tylko i wyłącznie dla mnie poszedł tam i doznał takich obrażeń. Ale tego nie zrobiłam. Chociaż bardzo chciałam. Powstrzymywałam się ostatkami sił. Bo naprawdę ciężko było mi znieść widok go, gdy cierpi. I nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego aż tak bardzo mnie to poruszało.

Paradoksalnie mówiąc, to właśnie ten widok sprawiał, że milczenie było aż tak nie do zniesienia. Dlatego tym bardziej nie mogłam znieść faktu i nienawidziłam tego, że zrobił to dla mnie.

A jeszcze bardziej nienawidziłam tego, że chociaż byłam na niego za to zła, to jakaś maleńka cząstka skryta głęboko we mnie... była wdzięczna.

I właśnie chyba to było najbardziej chore i popieprzone w tym wszystkim. To, że odczułam pewnego rodzaju ulgę, chociaż tak usilnie ją przed nim kryłam, że ktoś w końcu stanął po mojej stronie. Ze wszystkich sił starałam się zminimalizować właśnie to uczucie. Ale z jakiegoś powodu to było najtrudniejsze. Jednak najbardziej w tym wszystkim górowała złość. Gorzka i ciężka, dławiąca w gardle. Że zrobił to wszystko mimo wręcz mojego błagania podczas ostatniego momentu, kiedy się przed nim rozpadłam i zburzyłam swój budowany wieloma laty mur.

Wait for me, baby [16+]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz