Chatka Górska

30 5 0
                                        

Całe szczęście! To już są chyba Stepy Akermańskie...Tfu! Co ja gadam? Jestem dopiero około 10 km od koloni a stepy jeszcze daleko. Ciekawe czy ktoś mnie goni? Pewnie nie byłem kimś ważnym, takie jest życie. Może to lepiej dla mnie?
Nazywam się Dart. Pochodzę z małej wioski UgaBuga. Codziennie rano łowiłem ryby w rzece Kwa. Serio jest taka rzeka. Dlaczego akurat nazwali ją odgłosem jakieś kaczki? Bo pewny europejski dureń płyną tą rzeką i zauważył zwierzę, była to niedźwiedzica łowiąca ryby. Postanowił że nazwie tak tą piękną rzekę odgłosem tego zwierzęcia...tak, nawet my murzyni znamy odgłosy zwierząt. Szkoda strzępić ryja. Bo i jak zawsze idę sobie połowić rybki dla mojej osady kiedy nagle wyskakuje małpa. Trzymała najprawdziwszego banana, nie widziałem takiego od lat! Musiałem ją złapać. Uciekała dość szybko ale nie doceniła moich umiejętności. Złapałem ją i zabrałem jej tego banana. Ona dziwnie na mnie patrzy, jednych skokiem przeskoczyła mnie i pobiegła w las. Wtedy zorientowałem się że się zgubiłem. A był to duży las i na dodatek nastała noc. Wszedłem na drzewo i zaczełem oglądać piękne gwiazdy. One jakby tańczyły dla mnie. Patrzyłbym tak całą noc ale poczułem głód. Musiałem zejść i poszukać jedzenia. Banana oczywiście zgubiłem.
Już stoję cały i zdrowy na ziemi kiedy z lasu wyłaniają się gwiazdy. Najprawdziwsze gwiazdy. W każdym miejscu były dwa małe żółte punkciki. Tylko że to nie były moje piękne gwiazdy. To były małpy...
Cała masa ich przybyła jak na ceremonię jakiegoś taniego tajskiego gówna. I o dziwo uklękneły naprzeciw mnie. Poczułem się jak król z dzungli. I chyba już nim byłem bo jedna z małp założyła mi na głowę koronę z kokosa. Zaczeły mnie jak króla prowadzić w głębiny lasu. Ich jasne oczy oświetlały mi drogę.
Tam była wioska! Najprawdziwsza wioska małp!
I nawet podstawowe narzędzia mieli. Jakim cudem? Dowiedziałem się dopiero później. Zasiadłem do stołu i tam czekały na mnie smakowite dania jakich w życiu nie jadłem. Zjadłem wszystko tylko nie zadka dzikiej małpy w polewie smietankowej z kawiorem i owocami morza. To wyglądało okropnie! Fuj! Następnie rozpoczeła się zabawa. Wszyscy tańczyliśmy wokół ogniska krzycząc: "Wylewy lawy" "Wylewy lawy". I tylko to umieli mówić. Najgorsze było to że byli kanibalami. Potrafili w jednej kłótni pozjadać się w całości. Dobrze że byłem ich królem. Ta noc nie trwała jednak długo. Niedługo po imprezie zaczeliśmy się bawić w ciuchcię. Osoba która przegra wpada do takiego pudła z drewna. Ostatnia osoba wygrywa! Byłem nawet w tym dobry tylko że nie najlepszy. Przegrałem i wpadłem do tego pudełka. Początkowo się śmiałem ale kiedy zauważyłem że jestem tam sam i pudło się zamkneło, przestraszyłem się jak moja prababka która robiła na drutach ciuchy dla Adama i Ewy. Zaczełem krzyczeć ale nic to nie pomogło. Całe szczęście miałem dobry słuch i usłyszałem taki dialog:
-Mamy go w pudle. Było to bardzo proste do wykonania. Dobry scenariusz nawet wymyśliłeś. Jak na to wpadłeś?
-Ja jestem Złofild. Samo imię odpowiada ci na pytanie. Dobra robota prawdziwy "królu" małp.
-Teraz mój lud nie jest ci nic winny
-Jasne, mam jeszcze wiele innych dłużnych niż wy.
Ej wy! Zapakować to pudło!
-Jasne szefie(Odezwał się jakiś pracownik Złofilda)
I tak trafił do Koloni Śmierci...

Szedł przez tą zasypę śniegu i ani me ani be nic nie widział. Od jego ucieczki mineła już godzina a on dalej nie widział żadnego znaku życia ludzkiego. Stracił czucie w palcach u rąk ale był bardzo wyrzymałym człowiekiem. Pruł naprzód. Teraz nasuneły mu się czarne myśli.
Dlaczego zostawił ich wszystkich?
Czemu nie zawróci skoro nic tu nie ma?
Czy wróci do domu?
Czy może już dzisiaj umrzeć?
Myśli przerwał blask światła. Tak najprawdziwszego światła! Chciał biec kiedy zauważył górską chatkę. Lecz gdy tylko zapukał do drzwi upadł, nie czuł już nic.

Magdalena siedziała i przeglądała wszystkie pamiątkowe kartki. Nieraz udawało jej się znaleźć coś wartego dużo dla jej rodziny. Była kobietą serdeczną i szczęśliwą ale i ją nie omineły przykrości. Lecz szczęście się do niej uśmiechneło i wygrała konkurs prania na czas. Główną nagrodą był 2 tygodniowy urlop do Centralnej Azji. Może nie miała jakiś luksusów ale była zadowolona. Szkoda tylko że syn nie chciał jechać. Bredził że jego kumpel został porwany przez kosmitów. Co za brednie...
Nagle natrafiła na jakieś zdjęcie sprzed iluś tam lat. Trzymała na rękach jakieś dwa niemowlaki. Nie przejeła się bo dużo nie pamiętała rzeczy sprzed wypadku. Nagle ktoś zapukał do drzwi...
-Już idę!
Poszła ale nie zauważyła napisu z tyłu zdjęcia. A to było ważne. Bardzo ważne. Pisało tak:
"Ja z moimi dzieciakami na feriach w górach"
Dalszy ciąg tego zdania był taki:
"Na rękach trzymany chłopczyk o imieniu Jochem i dziewczynka bardzo podobna do matki o imieniu Vera"

Placek: ZłofildOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz