devyat

39 5 1
                                        

Sataniści muszą mieć więcej wiary niż chrześcijanie. Jezusa wszyscy widzieli i czuli. Tymczasem Lucyfer nigdy nie miał potrzeby być widziany, ale za to w każdej ludzkiej duszy da się go wyczuć...









W końcu nadszedł ten upragniony dzień.
Dzień jego urodzin.

Postanowił, że właśnie tego dnia zabierze Ruby do domu znajdującego się na peryferiach stanu Teksas.
To tam pokaże jej, że wcale nie jest żadnym "Freddy'm Kreugerem", a Panem, który wie jak ze zwykłej przemijającej materii wyciągnąć ostatnie tchnienia życia.
Pragnął zagrać przed nią jedną ze swoich najlepszych, jak do tej pory, ról.

Powoli i z ogromną delikatnością wziął na swoje barki ociężałe ciało dwudziestosiedmiolatki.
Lekko stawiał kroki wzdłuż dawno nieuczęszczanej ścieżki prowadzącej do starego domu znajdującego się za uschniętymi krzakami róż, które niegdyś kwitły na piękny czerwony kolor.
Na kolor podobny do wypływającej z tętnic krwi.

Ciche kroki, tylko od czasu do czasu przerywane głośniejszym powiewem wiatru napawały go uczuciem, że jest tutaj tylko on i ona.
Nikt więcej, kto chciałby przerwać jego zaplanowane od początku do końca, przedstawienie.
Przez całą drogę zdezelowanym samochodem i drogę do domu, na jego spierzchniętych ustach tkwił delikatny uśmiech.

Z równie wysoką dozą delikatności jaką traktował wątłe ciało Ruby, tak samo z dużą ostrożnością traktował każdy jeden przedmiot znajdujący się w domu, który ostatni raz odwiedził dobre sześć lat temu.
Skierował się w stronę przestronnych schodów prowadzących do piwnicy.
W jego zmysł węchu uderzył smród stęchlizny i martwego życia, które dawno przestało tętnić w murach tego miejsca.

Podekscytowanie przez cały czas nie opuszczało jego żył.
Było nadal, gdy kładł ciało Ruby na zimnym zardzewiałym stole i przygotowywał wszystkie potrzebne do przedstawienia sprzęty.
Trwało przy nim jak najwierniejszy przyjaciel, którego od dawna nie miał.

Po kilku godzinach żmudnych przygotowań w końcu nadszedł czas na to, by obudzić śpiącą Ruby, by mogła podziwiać jego dzieło, które przygotował specjalnie dla niej.
Chciał, by czuła się wyjątkowa i niepowtarzalna.
Ją chciał potraktować zupełnie inaczej niż poprzednie swoje ofiary.
Jej chciał oddać należną cześć i chwałę, bo w końcu przypominała mu jego najukochańszą matkę, która nawet teraz przy nim była i wspierała go najlepiej jak umiała.

Nawet tutaj, kilka metrów pod ziemią zdołał usłyszeć dźwięki nadchodzącej burzy.
Po raz kolejny na jego usta wpłynął uśmiech, gdy poczuł, że coraz szybciej nadchodzi ten wyczekiwany tyle czasu moment.
Od nowa szamoczące się ciało przerażonej kobiety i urywany oddech, który chciał opuścić jej zaszyte nicią usta.
Pogłaskał jej policzek i złożył delikatny, prawie niewyczuwalny pocałunek na jej sinych ustach.
Czuł, że teraz już powinien zacząć.

Zdjął z jej drobnego ciała niepotrzebne okrycie i ostrzem noża zaczął kreślić delikatne wzorki na jej bladym brzuchu.
Krzyk jaki próbował opuścić jej wnętrze, nie mógł równać się z przyjemnością jaka zaczęła ogarniać jego spragnione ciało.

Szalejąca na dworze burza i ledwo migające światło starej żarówki, dawało mu poczucie bezpieczeństwa.
Wiedział, że czuwa nad nim matka i te wszystkie ofiary, które kiedykolwiek stanęły na jego krętej drodze. Wyczuwał obecność mieszkańców tego domu, którzy również przyszli podziwiać jego idealne dzieło, przedstawienie.
Czuł się wspaniale.

Bosko.
Cudnie.
Czuł wolność.

Cichnący na dworze wiatr zaraz zrywał się z jeszcze większą mocą.
Słyszał jak okna ledwo trzymają się w starych, drewnianych ramach.
Przez jego plecy przeszedł dreszcz, gdy Ruby w końcu przestała wierzgać nogami, a oddała mu się już zupełnie i nieodwracalnie.

Kochał tą uległość.
Uczucie to nigdy nie mogło równać się z żadnym innym.
Było niesamowite, niepowtarzalne.
Zarezerwowane tylko i wyłącznie dla niego.
Osoby, która jak żadna inna wiedziała czego pragną jego zabawki.
Jego ciało przeszywała czysta euforia, że oto spełnia się przeznaczenie, które mu powierzono.

Oprócz obecności osób, które znał, wyczuwał, że w tej piwnicy czai się ktoś jeszcze.
Potężniejszy od niego, ale zadziwiony z jaką umiejętnością posługuje się nożem i jak sprytnie bawi się nim. Jakby było to coś codziennego.
Obecność ta, dodawała mu odwagi.
Wiedział, że teraz może popisać się swoim doświadczeniem, które przez tyle lat sumiennie zdobywał.

Gdy w końcu miał już zanurzyć ostrze noża w jej ciele i sprawić, że krew zacznie tryskać na wszystkie strony i ubrudzi dokładnie każdy skrawek dookoła, coś jednak poszło nie tak...

Nastoletni chłopiec o niebieskich włosach otworzył oczy i zamrugał kilkakrotnie.
Wziął głęboki oddech, westchnął męczeńsko, przetarł spoconą twarz dłonią i z powrotem opadł na miękką poduszkę.

— To był tylko sen...

Jednak ten nastolatek zapomniał, że nic nigdy nie jest takie jakim wydaje się przy pierwszym spojrzeniu...













{...}

no, to już koniec naszej, a w sumie mojej przygody z "horrorem'' i Freddy'm...

lubię tę pracę chociaż jest dziwna i nieskładna. w przyszłości może więcej ludzi ją przeczyta, nie wiem.

w każdym razie kończę ją, a słowem wyjaśnienia: Clifford został tutaj "użyty" jako nastolatek, który ma nocne koszmary, ale nie wie, że czasami to, co jest snem – czasami może zmienić się w jawę.

~ kluska

psychopath ▪ cliffordStories to obsess over. Discover now