02 Świętoszek Peter

1.9K 107 53
                                        



P E T E R

— Jesteśmy na miejscu. Ubierzcie kurtki i zaczekajcie z wysiadaniem. Profesor Wilson poszedł zameldować naszą grupę — słyszę głos pana Harringtona przez głośniki w autobusie. Otwieram oczy.

Jednak szybko minęło te dziewięć godzin.

Przeciągam się, a następnie zerkam na Michelle. Śpi jak zabita. Z jej ust cieknie ślinka, która zrobiła już niemałą plamę na jej czarnej bluzce.

Na ten widok uśmiecham się sam do siebie. Gdy śpi wcale nie wygląda na taką groźną.

Zaczynam lekko ją potrząsać, aby się obudziła. Zamiast tego Michelle przekręca się na lewy bok. Teraz leży twarzą na moim ramieniu. Ślina, która cieknie niczym wodospad z jej buźki, zaczyna spływać na moją rękę.

— Obudź się — szepczę, bo czuję się trochę niezręcznie z umazanym prawym ramieniem i ręką.

Próbuję ją jak najspokojniej wybudzić ze snu. Boję się, że jeżeli zrobię to brutalnie, zarobię od Michelle śliwę pod okiem. Podobno ma niezły prawy sierpowy.

Dziewczyna zaczyna warczeć, ale nadal śpi. Wygląda jak nieprzytomny flak.

Parskam śmiechem, po czym zaczynam dźgać ją w ramię. Gdy nic to nie daje, kopię ją w kostkę. To działa, bo już po chwili Michelle siedzi prosto z szeroko otwartymi oczami. Przeciera mokrą twarz. Następnie patrzy na moje ramię.

— To ja zrobiłam? — pyta, wskazując na ciemną plamę na mojej koszulce.

Kiwam głową, nie mogąc przestać się uśmiechać. Gdyby zamiast Michelle był na jej miejscu Ned, zacząłbym rechotać na cały autobus.

— Cholera, nieźle przysnęłam — mówi ziewając. — Gdzie jesteśmy?

— Już w Kanadzie. Ubieraj kurtkę, zaraz wychodzimy.

Michelle wywraca oczami, ale spełnia moje polecenie. Potem łapie za swój plecak i zaczyna mi się przyglądać.

— Nie powinieneś też mieć na sobie tego kaftanika? — pyta, zdejmując z zagłówka moją kurtkę. Przygląda się jej przez chwilę. — Mam taką samą w domu. Albo ci się działy pomieszały, albo to ja łażę w męskich ubraniach.

Drapię się po głowie.

— Raczej to ta druga opcja. A teraz oddawaj mój kaftanik — odpowiadam zupełnie poważnie. Usta Michelle wyginają się w uroczym uśmiechu.

Podaje mi kurtkę. Zakładam ją najszybciej jak potrafię, gubiąc się w pełnych momentach. Gdzie są rękawy?! Finalnie po dwóch minutach katorgi mam już ją na sobie. Michelle zaczyna klaskać, na co teatralnie się kłaniam.

— Wychodzimy — nagle rozbrzmiewa przez głośniki głos pana Harringtona. Jak na komendę każdy wstaje i zaczyna przepychać się do wyjścia. Tylko Michelle spokojnie siedzi na swoim miejscu. Marszczę brwi.

— Siadaj, Parker. I tak będziemy czekać — mówi, gdy bezmyślnie próbuję wepchać się w wąż nastolatków, idących do wyjścia.

Siadam tak jak poradziła Michelle. Muszę stwierdzić, że miała rację. Wychodzimy ostatni, nie przepychając się pomiędzy ludźmi.

Na zewnątrz panuje gwar. Wszyscy rozmawiają na tyle głośno, że czuję się jak na Manhattańskim straganie.

— Idziemy! — woła nagle profesor Wilson, poganiając każdego ruchem ręki w stronę ogromnego kampusu.

Budynek jest tak ogromny, że na spokojnie mógłbym porównać go do bloku, w którym mieszkam z ciocią May. Możliwe, że kampus jest nawet większy.

danger is close; spidermanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz