P E T E R
— Do cholery jasnej — mruczę pod nosem, kiedy kolejna kula, wystrzelona przez brodatego agenta Hydry, przelatuje mi koło ucha.
Mam dość. Naprawdę mam dość skakania, uników, uderzeń i myślenia o tym, po co szuka mnie Hydra.
Jestem zmęczony do tego stopnia, że zaczynam fantazjować o ciepłej kołdrze, kubku gorącej czekolady i Michelle, która opowiada o swoich top dziesięciu najbardziej znienawidzonych czynności, wykonywanych w święta Bożego Narodzenia. Z tego co się orientuję najbardziej nie lubi kolęd.
Robię salto w tył i w tym samym momencie wstrzeliwuję pajęczynę, która trafia w rękę brodatego agenta. Nie może on pociągnąć za spust. Uśmiecham się pod nosem. Podchodzę do niego i zaklejam mu usta. Biedak nie może nic powiedzieć.
Po raz kolejny wystrzeliwuję pajęczynę, która oplata mężczyznę ze wszystkich stron, uniemożliwiając mu poruszanie się.
— Policja po was wróci — mówię do czterech pozostałych agentów, którzy zostali potraktowani tak samo jak ich brodaty kompan.
Salutuję, po czym rzucam się biegiem w stronę zdewastowanej kafejki, w której została Michelle.
Mając na sobie cienki kostium, czuję przeszywające zimno. Mimo że poruszam wszystkimi kończynami, wcale nie jest mi cieplej.
Unoszę wzrok. Muszę zapamiętać żeby wbudować jakieś futerko, kiedy wrócę do Nowego Jorku.
Nick Fury nadal nie zjawił się z asystą agentów Tarczy, co niezbyt mi się podoba. Mam niemiłe przeczucie, że coś się stało.
Kręcę głową, odpędzając od siebie złe myśli. Ostatnio za często udziela mi się pesymistyczne myślenie Michelle. Swoją drogą jestem ciekawy, jak sobie radzi z cyfrową sekretarką Edith. W odróżnieniu do Karen, Edith ma dziwny zwyczaj bycia bezuczuciową i cichą, ale to nie znaczy, że nie lubię z nią rozmawiać.
— Karen, jeszcze daleko do Coffè Table, tej kawiarni przy stoku? — pytam, czując, że nogi zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa.
— Jeszcze dwieście metrów. Włączyć tryb szybszego poruszania się?
Ze zdziwienia otwieram usta. Zatrzymuję się. Moje serce kołata jeszcze mocniej niż wtedy, gdy stałem na gałęzi sosny, uciekając od pięciu agentów Hydry.
— W ogóle takie coś istnieje?
Pochylam się, trzymając dłonie na kolanach i głęboko oddychając. Rety, nie miałem pojęcia, że dam radę przebiec pare kilometrów, walczyć ze zbirami oraz skakać po drzewach.
— Tak. Włączyć?
Mruczę niezrozumiałe „pewnie", czekając na efekty nieznanego dla mnie trybu. Pan Stark musiał wszczepić go gdzieś, gdzie nawet nie pomyślałbym zajrzeć.
Naglę czuję mrowienie. Jakaś dziwna siła pcha do przodu moje nogi, jakby chciała, abym w końcu się poruszył. Prostuję się.
Czas pobiegać. Może spalę przy tym więcej niepotrzebnych; jak to się nazywało?; kalorii.
Rzucam się pędem przed siebie. Poruszam się z zawrotną prędkością.
Nim zdążę policzyć do dziesięciu, jestem już na miejscu. Wokół kafejki panuje zamęt. Mężczyźni, kobiety, nastolatkowie, dzieci wyglądają na przerażonych. Policja próbuje uspokoić każdego z osobna, lecz na próżno. Podchodzę do jednego z mundurowych.
— Jak sytuacja? — pytam, kładąc mu dłoń na ramieniu. Mężczyzna wzdryga się pod wpływem mojego dotyku. Wyjmuje pistolet i odwraca się twarzą do mnie. — Hola, hola. Nie chcę panu nic zrobić — mówię, unosząc ręce do góry, jak w starych amerykańskich kreskówkach o kowbojach.
CZYTASZ
danger is close; spiderman
FanfictionKSIĄŻKA WKRÓTCE W TRAKCIE KOREKTY PISAŁAM JĄ W WIEKU 13 LAT. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ wycieczka w góry nie brzmi nadzwyczajnie, nawet nie kryje za sobą drugiego dna. oczywiście "wycieczka w góry" zmienia swoją definicję, kiedy jesteś zako...
