Spencer Mondale nie umiała uciekać. Nigdy nie biegała wystarczająco szybko, żeby móc umknąć przed konsekwencjami. A potem poznała tego enigmatycznego blondyna. I nagle musiała nauczyć się biegać.
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
- Nie pojawili się w szkole od tygodni, czego pan nie rozumie? - Spencer wywróciła oczami, zakładając ręce na piersiach. Billy Black siedział w kuchni ich nowego, tymczasowego domu w rezerwacie La Push i od godziny mierzył ją oceniającym spojrzeniem.
- Mam na myśli to, że październik zbliża się ku końcowi, a wy nadal nie wiecie czy to Cullenowie stoją za atakiem na młodego Fitzgeralda. - Billy westchnął. - Rodzina jest w żałobie, a dzieciaki z grupy Uley'a zaczynają się burzyć. A wy nic nie robicie.
Neil Mondale zacisnął mocniej szczękę, próbując za wszelką cenę nie wybuchnąć. Rzucił córce ostrzegawcze spojrzenie, mając nadzieję, że i ona zrozumie, że tym razem należy odpuścić. Billy Black nie rozumiał niektórych rzeczy i jak większość wilkołaków nie miał pojęcia czym zajmuje się Krąg. Neil nie mógł winić go za to, że nie znał procedur i ich sposobu prowadzenia śledztwa. W nadprzyrodzonym świecie Krąg działał jak swego rodzaju policja i bardzo dobrze chronił zdobyte przez siebie informacje.
- Z całym szacunkiem panie Black, ale pana zdaniem co powinnam zrobić? Włamać się do szkolnego systemu, wykraść ich adres i zainstalować podsłuch wewnątrz domu? - powiedziała Spencer. - Czy może od razu kupić na eBay'u jakiś radziecki czołg i zbombardować im mieszkanie?
- Spencer... - powiedział Neil ostrzegawczym tonem. Brunetka uniosła wysoko brwi, wymachując dłońmi w geście bezradności. Mężczyzna nie miał jej tego za złe. Jego dawny przyjaciel od jakiegoś czasu wędrował po bardzo cienkiej granicy.
- Posłuchaj Billy, bardzo cię lubię, ale czy ty naprawdę nie widzisz, że zaczynasz przesadzać? Spencer dobrze wie, co powinna robić. Skoro Cullenowie jeszcze nie pojawili się w szkole, jedyne co nam pozostaje to czekanie, aż w końcu przyjdą. - wyjaśnił Neil.
- A jeśli się nie pojawią? - zapytał Billy, spoglądając na Mondale'a wyzywająco.
- To mamy problem z głowy, prawda? - Andrew stanął w drzwiach wiodących do kuchni, opierając się umięśnionym ramieniem o metalową framugę. Omiótł zebranych w pomieszczeniu znudzonym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując się na zdenerwowanej Spencer.
- Tak sądzisz chłopcze? - Billy prychnął pod nosem. - A co z ludźmi, których oni już zabili? Masz świadomość tego ile istnień mogą jeszcze odebrać? Do diabła z wami, oni są nieśmiertelni! Ruszcie swoje tyłki zanim zawiadomię Zgromadzenie, że gówno robicie!
- Cholera jasna! - krzyknęła Spencer, uderzając otwartą dłonią o blat stołu. - Przejechałam kawał drogi i zostawiłam całe swoje życie w Lawrence tylko po to, żeby moi rodzice mogli rozwiązać tę sprawę w spokoju, a tymczasem jestem w epicentrum tego całego syfu i ryzykuję swoim własnym życiem, żeby wam pomóc!