PROLOGUE

2.5K 102 7
                                        

           Willow Street tonęło w deszczu

Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.




Willow Street tonęło w deszczu. Szara, półprzezroczysta ściana otulała każdy dom niczym nadopiekuńcza matka, sprawiając, że kontury domów falowały i zacierały się, jakby znajdowały się na dnie oceanu. Billy Black z trudnością odczytywał numery domów, przyczepione do czerwonych cegieł. Równiutki rząd identycznych, ceglastych domów jednopiętrowych. Siedzący za kierownicą syn Billy'ego - Jacob, przeklinał pod nosem. Gdyby nie ośli upór i nienawiść do wszelakich udogodnień elektronicznych XXI wieku jego ojca, on nie musiałby teraz przedzierać się przez zalane ulice Lawrence w stanie Kansas.

- Przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego nie mogliśmy po prostu zadzwonić do twojego znajomego? - zapytał ojca Jacob, przerywając na chwilę jego pełne skupienia zamyślenie. Czarnowłosy chłopak oderwał wzrok od jezdni, spoglądając z wysoko uniesionymi brwiami na siedzącego tuż obok mężczyznę. Jednakże Billy nie zaszczycił syna spojrzeniem.

- To ten numer. Wjedź na podjazd i postaraj się z łaski swojej nie zniszczyć im skrzynki na listy. Wygląda jakby kosztowała majątek. - Billy wskazał palcem na dom tuż na końcu ulicy, przed wejściem do niewielkiego lasu sosnowego. Jake posłusznie zaparkował na betonowym podjeździe i niemalże odruchowo zawędrował wzrokiem w stronę metalowej skrzynki z napisem "Mondale". Wcale nie wyglądała na drogą.

- Zaczekaj tu chwilę, wyciągnę twój wózek z bagażnika. - powiedział Jake, zwracając się twarzą do swojego ojca. Billy posłał Jacobowi cierpki uśmiech.

- Synu, wierz mi lub nie, ale nie zamierzam się stąd ruszać.

Czarnowłosy uśmiechnął się w stronę swojego staruszka, następnie wysiadał ze zdezelowanej terenówki, mocno zatrzaskując za sobą drzwi, żeby krople deszczu nie dostały się do środka przez szczeliny. Przyjaciele zawsze powtarzali Jake'owi, że jest przesadnie pedantyczny na punkcie swojej starej terenówki, która przecież i tak prędzej czy później zdezerteruje. Jacob miał nadzieję, że nastąpi to jednak później niż prędzej.

Kiedy chłopak rozłożył metalowy wózek inwalidzki, drzwi od strony pasażera były już otwarte na oścież, a krople deszczu bez przeszkód wsiąkały w tapicerkę. Jake westchnął, spoglądając na swojego ojca z jawnym oskarżeniem w oczach. Billy tylko machnął lekceważąco ręką w stronę starych siedzisk, zwracając się do syna z irytacją:

- Jacob do cholery, rusz ten swój kościsty tyłek i przywieź mi ten pieprzony wózek. Nie chcę umrzeć na siedzeniu tego grata.

    * * *

Dom Mondale'ów prezentował się od zewnątrz zupełnie zwyczajnie. Niezbyt imponujące, metalowe drzwi po kilku minutach otworzył im średniego wzrostu brunet, który pomijając wszelkie zasady uprzejmości po prostu skinął w ich stronę głową i jeszcze szerzej otworzył drzwi. Kiedy Jacob pchnął wózek do przodu i obydwoje z ojcem znaleźli się w niewielkim korytarzu, chłopak mniej więcej w wieku Jake'a po prostu wyminął ich i ruszył przodem, wciąż nie odzywając się ani słowem. Czarnowłosy Quileut po prostu ruszył za nim.

Korytarz kończył się wejściem do przestronnego salonu, połączonego z kuchnią. Jacob z zaskoczeniem stwierdził, że meble w domu Mondale'ów można zaliczyć już do antyków. Willow Street należała do ulic stosunkowo nowego budownictwa, dlatego chłopak był tak bardzo zaskoczony kiedy zrozumiał, że wewnątrz domu ktoś po prostu i z premedytacją zatrzymał czas.

- Dobrze cię widzieć Billy! Jak przebiegła podróż? - barczysty mężczyzna podniósł się z zapadniętego fotela i energicznym krokiem zbliżył się w stronę nowo przybyłych. - Jestem Neil Mondale. - powiedział w stronę Jacoba, ściskając mocno jego dłoń. Brunet poklepał Billy'ego po ramieniu i gestem ręki zaprosił ich do salonu. Jacob z obawą spojrzał na antyczny dywan zdobiący podłogę domu Mondale'ów.

- No co tak stoisz? Neil nie pogniewa się, jak stary kumpel trochę ubrudzi mu ten kiczowaty dywan. - powiedział Billy. Właściciel domu pokiwał tylko głową w rozbawieniu. Jacob zdążył zrobić kilka niepewnych kroków, gdy nagle w sąsiednich drzwiach ponownie pojawił się ten arogancki chłopak, który otworzył im drzwi i nie odezwał się ani słowem. Tuż za nim, popychając go lekko w plecy do salonu wkroczyła szczupła brunetka. Jej wzrok natychmiast spoczął na niezapowiedzianych gościach, a następnie pytające spojrzenie zawędrowało w stronę gospodarza.

- Spencer, Andrew, poznajcie mojego dawnego przyjaciela Billy'ego Blacka i jego syna, Jake'a. Billy, to moje dzieci. - powiedział Neil. Jacob spojrzał w zaciekawieniu na rodzeństwo Mondale'ów. Spencer mierzyła ich oceniającym spojrzeniem.

- Dobrze was widzieć dzieciaki. Kiedy ostatni raz odwiedzałem waszego ojca, Andrew właśnie nauczył się chodzić. - zaśmiał się Billy. - A gdzie twoja urocza żona Neil?

- Rakel musiała zostać w pracy po godzinach. Coraz więcej bogatych dupków chce mieć ogrody na wzór tych z Wersalu i mamy pełne ręce roboty. - wyjaśnił Neil. - Ale zostawmy ten temat na inną okazję. Kiedy rozmawiałem z Sue przez telefon wydawało mi się, że to dość pilna sprawa. Co cię do mnie sprowadza Black?

- Jacob mógłbyś? - Billy odwrócił się, spoglądając znacząco na torbę zwisającą z ramienia syna. Chwila minęła, zanim Jake zrozumiał o co prosił go ojciec. Kiedy wyciągał z torby białą teczkę, czuł na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w salonie osób.

- To wydarzyło się kilka tygodni temu. - powiedział Billy, odbierając od syna teczkę i podjeżdżając w stronę drewnianego stolika kawowego. Na uprzątniętym blacie rozłożył kilka fotografii przedstawiających Keegana Fitzgeralda. A raczej to, co z niego pozostało.

- Jezu. - mruknęła pod nosem Spencer, nachylając się nad zdjęciami przedstawiającymi nieżywego, młodego chłopaka. Chłopaka, z którego ktoś spuścił całą krew.

- Jak to się stało? - zapytał Andrew, uprzedzając w tym swojego ojca. Billy westchnął.

- Jedna z naszych dziewczyn znalazła go w takim stanie kilometr od plaży dwa tygodnie temu. Zamietliśmy sprawę pod dywan, obyło się bez policji. Wszyscy wiemy, kto zostawia po sobie takie ślady. - powiedział Billy.

- Wampiry? Myślisz, że to wampiry zaatakowały tego chłopaka? - zapytał Neil, a Billy tylko pokiwał twierdząco głową.

- Mówiłeś kiedyś, że w Forks mieszka rodzina wampirów. To oni?

- Tak nam się wydaje. Nikt inny nie pojawiał się w Forks od lat, a Cullenowie... Cóż, oni tworzą dziwną grupę. - wyjaśnił Billy.

- Jak bardzo dziwną? - zapytała zaciekawiona Spencer, przechylając nieznacznie głowę. Jacob zauważył kontury tatuażu Quileutów na karku dziewczyny.

- Carlisle Cullen, ich przywódca jest lekarzem, a jego adoptowane dzieciaki chodzą do miejscowego liceum. Nazywają siebie rodziną. Starają się żyć normalnie. I jak dotychczas polowali tylko na zwierzęta.

- I teraz nagle zmienili zasady gry? Nie wydaje wam się, że to brzmi trochę bez sensu? - zapytała Spencer, spoglądając im wszystkim prosto w oczy. Billy Black wzruszył ramionami.

- Właśnie po to tu jestem. Porozumienia zawarte przez Quileutów i Cullenów wiszą na włosku, młodzi się buntują. Należycie do Kręgu. Sami musicie sprawdzić, o co tak naprawdę chodzi. I lepiej będzie, jeśli zrobicie to zanim Sam Uley weźmie sprawy w swoje ręce. Ten dzieciak jest nieobliczalny.





[ to tylko jeden z tych diabelnie długich prologów ]

runnin' [jasper hale || twilight]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz