Bezcelowo wpatrywałam się w wiadomość wyświetloną na moim telefonie, którego zbyt wysoka jasność wypalała mi oczy. Ale... Nie mogłam tak po prostu jej zignorować. Czułam coś na wzór dziwnej niezręczności i żenady, jaka chwytała mnie za każdym razem, gdy pomyślałam o spotkaniu z Alexem po tej podsłuchanej rozmowie. Najbliższym i najdokładniejszym określeniem na tę reakcję, byłoby takie nieprzyjemne ciepło, rozlewające się po mojej duszy, jednocześnie wysyłając szereg przykrych dreszczów. Gwałtownie podniosłam się z łóżka, przez co nieco mnie zamroczyło, i podeszłam do okna. Tego wieczoru nie zasunęłam zasłon, więc blade światło księżyca wpadało przez uchylone okno, przez które do pomieszczenia wdzierał się również chłód, zwiastujący nieuchronnie zbliżającą się zimę. Nie lubiłam zimy. Zima zawsze przynosiła ze sobą chandrę. Mgła skracała moje pole widzenia, więc byłam wstanie dostrzec jedynie ciemne, mroczne cienie drzew. Odetchnęłam rześkim powietrzem, starając się nieco rozluźnić mięśnie.
Wzięłam jedną z gitar i ponownie usadowiłam się na łóżku, krzyżując nogi. Nie podpinałam jej, gdyż dochodziła druga w nocy, więc moi wrażliwi sąsiedzi zadzwoniliby na policję najpewniej od razu. Szarpnęłam za struny i odchyliłam głowę do tyłu, licząc, że pomoże mi to w zrelaksowaniu się.
Muzyka działała na mnie kojąco. Sprawiała, że skupiałam się na czymś odrębnym i mogłam choć na chwilę przenieść się w inny, często nieistniejący świat lub wrócić do odległych, naprawdę dawnych wspomnień, które były o wiele mniej bolesne niż rzeczywistość. Przenieść się do tych czasów, kiedy wszystko było proste, łatwe i beztroskie. Przeczesałam palcami długie, nieznacznie wilgotne włosy.
– You call the shots, babe... I just wanna be yours... – zaśpiewałam cicho, aktywnie układając muzykę do słów wiersza, który wyrył się gdzieś w mojej pamięci. John Cooper Clarke. Ale dlaczego właśnie ten wiersz? Dlaczego wiersz o takiej tematyce skojarzył mi się obecną sytuacją? Nie wiedziałam. Chyba nawet nie chciałam wiedzieć. Byłam zbyt zmęczona na tę grę.
Ostatni raz spojrzałam na wiadomość. Pojawiła się przy niej krótka odpowiedź wysłana... przeze mnie. Kiedy ja zdążyłam..?
Aida: Okay
***
Mieszałam świeżo zaparzoną, mocną kawę, wysłuchując niezrozumiałej paplaniny Logana przerywanej przez przychodzące z Messengera powiadomienia. Ze wszystkich sił starałam się pojąć, o kim tak zaciekle mi plotkuje, raz po raz się przy tym wkurzając. Chaos. Tępo wpatrywałam się w ścianę, jednocześnie próbując rozbudzić swój mózg, aby kontaktować chociaż trochę. Omiotłam wzrokiem pomieszczenie, w którym panował ogromny bałagan. Moje ubrania wraz z kostkami do gitary walały się po ziemi, przeróżne magazyny i sterta starych dokumentów tkwiła na stoliku, a blat kuchenny był zastawiony opakowaniami po przekąskach, jakie zdążyłam jeszcze wczoraj pochłonąć. Wzięłam głęboki oddech i opadłam na stołek barowy. Nie miałam na to teraz siły. Na nic, tak właściwie, nie miałam siły.
– Czyli co, dzisiaj osiemnasta, Baking Point? Aida? Aida!
– Dzisiaj spotykasz się z Sugar. – odpowiedziałam machinalnie, gdy tylko usłyszałam swoje imię.
– O nie. Nawet nie próbuj.
– Czego?
– Tylko nie próbuj znowu mnie w to wrabiać!
– W co, do cholery? – skrzywiłam się na jego nagły atak, mimo że nie mógł tego zobaczyć. Nie funkcjonowałam.
– A jak myślisz? Nie pamiętasz ostatniego razu? Wmówiłaś mi, że faktycznie spotykam się z Sugar, podczas gdy ona miała rodzinny obiad i wszystkie jej ciotki myślały, że jesteśmy parą.
CZYTASZ
Electricity || Arctic Monkeys
FanfictionI można powiedzieć, że była to jeden z wielu sytuacji, gdy chciałam zatrzymać czas. Podziwiałam nierówną, lecz piękną teksturę jego skóry, która załamywała się przy lekko zmarszczonych brwiach. Podziwiałam rzęsy, które w obliczu ciepłego światła rzu...
