Rozdział 9

3K 228 32
                                        

 Dzisiaj bardzo krótki rozdzialik, ale mam nadzieję, że się nie obrazicie :) Korzystam z korektora tekstów i możliwe, że czasami utnie jeden lub dwa wyrazy. Jeżeli coś się nie zgadza lub wyłapaliście błędy, to bardzo przepraszam. Nie przedłużając już... rozdział 9...

OoOoOoOoOoOoO

- Oh... - wykrztusiła moja mama. Sam zachowałem trochę więcej opanowania nie pokazując, że zobaczenie Posejdona w mieszkaniu ani trochę mnie nie zdziwiło.

- Cześć - powiedziałem niepewnie. Nigdy nie miałem pojęcia jak zwracać się do własnego ojca. Dzień dobry? Cześć? Zresztą podczas naszych kilkuminutowych spotkań raczej się nad tym nie zastanawiałem.
- Musimy porozmawiać. Zdaje się, że wiesz, o co mi chodzi. Łowczynie podobno ci trochę wytłumaczyły sytuację... - powiedział patrząc na mnie grobowym wzrokiem, jednak po chwili przeniósł spojrzenie na moją mamę, która wpadła mu w środek zdania.
- Co? O co chodzi? - zapytała. Wiedziałem, że teraz już wszystko przepadło. Mama się o wszystkim dowiem i każe mi wracać do obozu, dopóki sprawa nie ucichnie.
- W związku z tym, co wydarzyło się dwa dni temu jestem zobowiązany zabrać cię w bezpieczne miejsce, Percy - zwrócił się do mnie nie zważając na pytający wzrok mojej mamy.
- Skąd ty... - zacząłem, jednak Posejdon błyskawicznie mi przerwał.
- Chyba nie sądzisz, że Artemida mnie nie poinformowała, że mój syn o mały włos nie został porwany przez potwory? Idź się spakować, porozmawiam z Sally - ton jego głosu wydawał się zimny, pozbawiony choćby grama uczuć. Chciałem znów się odezwać, jednak mama już stanęła kilka kroków od Posejdona i zalała go gradem pytań.
- Co się dzieje? Dlaczego chcesz zabrać Percy'ego? Jest w niebezpieczeństwie?
- Gorzej... - udało mi się wychwycić cichy szept boga mórz. Może naprawdę powinienem wyjechać do obozu?
- Ojcze - powiedziałem zwracając na siebie jego uwagę. - Muszę jechać? Nie mógłbym zostać?
- Nie. Dopadliby cię bez najmniejszych problemów. Może i jesteś jednym z najpotężniejszych herosów w tym tysiącleciu, świetnym szermierzem i wojownikiem, ale nie dałbyś rady setce potworów na raz. Nawet niektórzy bogowie mieliby z tym kłopot.
Z każdym słowem boga mama robiła się coraz bledsza na twarzy. Bałem się, że za chwilę zemdleje.
- Więc muszę jechać?
- Idź się spakować. Wyjaśnię wszystko Sally - zakomunikował mój ojciec nawet nie patrząc w moją stronę. Wiedziałem, że mój sprzeciw na nic się nie zda, więc chcąc czy nie chcąc zostawiłem ich samych w kuchni. Pięć minut później byłem gotowy do wyjścia.
- Zaczekam w przedpokoju - powiedział Posejdon, zostawiając mnie i mamę sam na sam. Zanim zdąrzyłem coś powiedzieć podeszła do mnie i mocno objęła, co przyszło jej z trudem, ponieważ była prawie o pół głowy niższa ode mnie.
- Uważaj na siebie. I... wróć do domu.
- Jak zawsze. Obiecuję, że wrócę. Nie martw się o mnie. Zajmij się Brian'em i... nie zrób czegoś takiego jak ostatnio - odparłem wycierając dłonią samotną łzę, która spłynęła jej po policzku. Mama głęboko westchnęła i po chwili wzięła się w garść.
- Nie wymawiaj obietnic, których nie możesz dotrzymać synku - dodała odsuwając się ode mnie. Gdzieś to już słyszałem.
- Mówisz zupełnie jak Thalia. Aż się dziwię, że nie jest twoją córką.
- Z całym szacunkiem dla bogów, ale Zeus nie jest w moim typie - wyszeptała mi do ucha i uśmiechnęła się blado.
- Chyba wiem po kim to mam - odpowiedziałem jeszcze raz mocno ją ściskając. Chwilę później stałem już na ulicy z moim ojcem.
- To... jak się dostaniemy do obozu? - zapytałem. Cały czas miałem wyrzuty sumienia, że zostawiam mamę i Brian'a z Gabe'm.
- Taksówką - odparł jak gdyby była to najoczywistsza z oczywistych odpowiedzi. Wolałem nie wnikać w szczegóły i nie zadawałem więcej pytań.
Podróż na Long Island nowojorską taksówką z ojcem była chyba najbardziej krępującą rzeczą w moim życiu. Siedzieliśmy w ciszy, a ja co chwilę zerkałem w stronę Posejdona, jednak ten tylko gapił się w okno. Kierowca mocno się zdziwił na widok złotych drachm zamiast dolarów, jednak w wyniku przyprawiającego o dreszcze wzroku boga mórz pośpiesznie odjechał zostawiając nas niedaleko sosny Thalii.
- Chejron wie o wszystkim. Już poinformowałem go, że przyjedziesz.
- Tak, jasne. To... do widzenia - powiedziałem niepewnie biorąc torbę do ręki.
- Zaczekaj. Musimy porozmawiać.
Nie protestowałem. Myślałem, że Posejdon chce mnie tylko podrzucić do Obozu, ale raczej mogłem się spodziewać, że do takiego zadania raczej wyznaczyłby jakiegoś satyra.
- O czym? - zapytałem opierając się plecami o pień najbliższego drzewa. Bóg mórz stanął jakiś metr ode mnie.
- Moja bratanica powiedziała ci już, że Tyfon potrzebuje cię, aby po raz kolejny się uwolnić. I nie, nie mam innych śmiertelnych synów, którzy mogliby mu w tym pomóc - nie zabrzmiało to optymistycznie.
- A cyklopi? Większość jest... znaczy się są twoimi...
- Nie mają takiej mocy. Mówiłem ci kiedyś, że twoja babcia była córką Hadesa?
Zamurowało mnie.
- Yyy... co? - nie mogłem powiedzieć nic mądrzejszego. Nigdy nie znałem mojej babki. Zginęła w katastrofie lotniczej... zaraz zaraz... lotniczej?
- Matka Sally była córką Hadesa. Urodziła się w trakcie drugiej wojny światowej, więc wychodzi na to, że mój brat nie złamał przysięgi.
- Zabił ją Zeus - powiedziałem cicho.
- Nie będę roztrząsał tej starej sprawy, ale nie zaprzeczę. I proszę, nie mów nic dla Sally, ona nie wie i dla jej dobra lepiej, żeby się nie dowiedziała.
- Dlaczego?
- I tak ma dużo zmartwień na głowie. Jutro Nico ci wszystko wyjaśni. Teraz następna, trochę mniej przyjemna sprawa.
Jego ton głosu nie wróżył nic dobrego. Przełknąłem ślinę i przygotowałem się na coś gorszego niż to, że moim pradziadkiem był mój wuj.
- Rada wie co zawierza Tyfon. Problem w tym, że znaleźli już rozwiązanie.
- A to źle? - zapytałem.
- Zależy dla kogo. Dla ciebie raczej tak. Na ostatnim posiedzeniu Rady Zeus wyciągnął wniosek, że jeżeli tylko ty możesz pomóc Tyfonowi wydostać się ze swojego więzienia to... trzeba cię unicestwić.
Potrzebowałem chwili, żeby przetrawić tę informację.
- Więc chce mnie zabić. Trzeba było tak od razu. Wbiję sobie sztylet w serce i będzie po problemie - prychnąłem ogarnięty frustracją. Może rzeczywiście tak byłoby najlepiej.
- Nawet o tym nie myśl! - podniósł głos Posejdon i gwałtownie potrząsną mną za barki. Po chwili jego uścisk zelżał, a on podszedł bliżej i położył mi rękę na ramieniu.
- Zrobię wszystko, żebyś był bezpieczny. Poza tym na twoją egzekucję nie zgodzili się także Apollo, Artemida, Hestia i Hefajstos. Atena też coś napomknęła, że jej córka będzie na nią wściekła. Zeus nadal coś planuje, więc musisz być ostrożny. Cokolwiek by się nie działo pamiętaj, że jestem twoim ojcem i nie pozwolę cię tknąć, nawet jeżeli to Zeus jest bogiem bogów. Zrozumiano? - pewnie była to lekko ocenzurowana wersja wydarzeń. Już wyobrażam sobie Herę. 'Kochanie, zetrzyj tego niewychowanego herosa na popiół'. Jakiś rok temu nieźle podpadłem tej bogini. Nie będę wnikał w szczegóły. Ważne jest to, że teraz nie pała do mnie szczególną sympatią.
- Jasne - odpowiedziałem siląc się na uśmiech.
- Idź do obozu. Chejron pewnie już na ciebie czeka. Nigdzie się stąd nie oddalaj i nie rób nic głupiego - odsunął się kilka kroków ode mnie.
- Do zobaczenia synu - dodał i rozpłynął się w powietrzu tworząc orzeźwiającą, morską bryzę w odległości kilku metrów. Westchnąłem głęboko, chwyciłem swoją torbę podróżną i udałem się w kierunku obozu. Chejron czekał na mnie tuż obok sosny Thalii. Pewnie obserwował całą moją rozmowę z ojcem. Miałem nadzieję, że nie mam jakiegoś dziwnego wyrazu twarzy. Musiałem na spokojnie przetrawić to, co usłyszałem.

Oczy Koloru MorzaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz