Rozdział 24

2.6K 169 221
                                        

Czuliście się kiedyś tak, jakby ktoś wyssał z was całe szczęście, chęć do życia, a potem kopnął was w tyłek i powiedział "uśmiechnij się"? Tak? W takim razie ja czułem się sto razy gorzej.

Przez ostatnie dwa dni skrzętnie ukrywałem swój stan przed bratem, panią Rose oraz Gabe'm. Pomimo tego, że czasami nie zdołałem powstrzymać samotnej łzy spływającej mi po policzku. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że te wszystkie uwagi ludzi, że jestem silny psychicznie, są nic nie warte. Po prostu byłem dość dobry w skrywaniu uczuć. Nie mówię, że jestem w tym mistrzem, ale jak dotąd Grover nie dobrał się przez łącze empatyczne do moich wspomnień oraz lęków.

Tak, Grover... zmusił mnie wczoraj do ponownego nadwyrężania dobroci mojej sąsiadki i po podrzuceniu Briana do niej wyciągnął mnie do parku na spacer. Fakt, nie byłem z tego szczególnie zadowolony. Satyr jednak po kilku nieudanych próbach rozpoczęcia rozmowy zaniechał zagadywania mnie i spędziliśmy godzinę w ciszy, nie licząc dźwięku naszych kroków. Byłem mu za to wdzięczny. Grover zawsze mnie rozumiał, tak jak doskonale wiedział, że nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę, ale jego obecność dodała mi trochę otuchy. Bycie samemu nigdy nie wychodziło mi na dobre. Nie mam pojęcia, skąd dowiedział się o tej sytuacji. Zapewne wszechwiedzący Chejron go powiadomił i przysłał do mnie, chcąc mieć pewność, że nie zrobię niczego głupiego.

Rozumiałem go. Dla Chejrona wszyscy mieszkańcy Obozu Półkrwi, całoroczni czy wakacyjni, są jak dzieci. Za każdym razem, gdy tracimy któregoś z obozowiczów, widzę wyryte na jego sędziwej twarzy cierpienie, jakby przejmował się losem herosów dużo bardziej niż ich boscy rodzice. W sumie to prawdopodobnie jest prawda. Pamiętam jednak zachowanie Apolla tuż po wojnie z tytanami. Podczas bitwy na Manhattanie to przecież głównie jego dzieci oddały życie w obronie Olimpu. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu widziałem płaczącego boga.

Gabe po wiadomości o śmierci swojej żony zrobił się cichszy, niż dotąd bywało. Świętem jest już to, że przez dwa ostatnie wieczory wrócił do mieszkania trzeźwy, ale wczoraj przeszedł samego siebie. Zwrócił się do mnie po imieniu.

Odkąd pamiętam, nie zostałem nazwany przez niego inaczej niż "szczylem", "gówniarzem", "darmozjadem" lub kilkoma innymi, niekiedy dużo gorszymi, określeniami. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy powiedział "Percy, daj mi masło". Może to nadal nie jest szczyt kultury, jednakże jak na niego to Mount Everest bycia miłym dla pasierba.

Brian za to stał się nie do wytrzymania. Już sama myśl, że musiałem powiedzieć mu o śmierci ukochanej mamy była dla mnie okropna, a jego zdające się nie mieć końca pytania o naszą rodzicielkę kompletnie mnie wykańczały.

Starałem się. Tak cholernie starałem się być dla niego dobrym bratem. Zrozumiałem, że teraz cały ciężar zajmowania się nim spadnie na moje barki. Nie, żebym tego nie lubił. Kochałem małego, nawet jeśli nosił nazwisko tego śmiecia Gabe'a. Był, pomijając mamę, jedynym powodem, dla którego jeszcze nie uciekłem z tego domu i nie zamieszkałem w Obozie.

Wiedziałem jednak, że mogę jedynie o tym pomarzyć, a marzenia nijak mają się do codziennego życia. Coś o tym wiedziałem.

***

- Już? - tuż za sobą usłyszałem gniewne warknięcie mojego ojczyma, podczas gdy ja usiłowałem zawiązać krawat według wskazówek danych mi przez mamę kilka tygodni temu.

- Zaraz - odpowiedziałem, przygładzając kołnierz czarnej koszuli ukrytej pod marynarką w tym samym kolorze. Nie mogłem wyglądać niechlujnie na pogrzebie mamy. Ona by tego nie chciała. Moja rodzicielka zawsze zwracała dużą uwagę na ciuchy, to chyba już taki syndrom każdej kobiety. Dobrze ubrany facet - to dobry facet. Prawo płci żeńskiej przy wyborze kandydatów na męża.

Oczy Koloru MorzaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz