Rozdział 17

2.5K 167 101
                                        

Pierwszym, co dostało się do mojej świadomości przed odzyskaniem przytomności, był ból. Miałem wrażenie, jakby ktoś miażdżył mi wszystkie żebra i klatkę piersiową. Nagle nieoczekiwanie poczułem lekkie ukłucie w wierzch dłoni i usłyszałem głos dochodzący jakby z lewej strony.

- Wytrzymaj jeszcze trochę. Zaraz będzie lepiej.

Faktycznie, po trwającym wieki pobycie w krainie mąk zacząłem czuć coś innego niż uczucie rwania swojego ciała na strzępy. Zaryzykowałem i lekko uchyliłem zdające się ważyć tonę powieki. Oślepiło mnie światło padające na moją twarz ze wszystkich stron. Zamrugałem kilka razy i zobaczyłem jak przez mgłę postać stojącą nade mną. Rozejrzałem się lekko po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Już na pierwszy rzut oka rozpoznałem salę szpitalną w Wielkim Domu. Do lewej dłoni miałem chyba podłączoną kroplówkę, za to moja prawa ręka była unieruchomiona na temblaku. Tak... spadająca skała. Powoli do mojej głowy zaczęły napływać sceny sprzed utraty przytomności. Misja, walka w wulkanie, Tyfon, umarli wojownicy, tortury w grocie, Clarisse i Annabeth... Annabeth.

- Co z... An...nabeth? - szepnąłem cicho, ponieważ nie byłem w stanie wydobyć z siebie nic głośniejszego. Wzrok miałem nadal lekko zamglony, jednak w końcu rozpoznałem postać stojącą nade mną. Piętnastoletni syn Apolla, Will.

- Nic jej nie jest, siedziała przy tobie całymi dniami, więc wysłałem ją kilka godzin temu do domku, żeby się wyspała. Jak się czujesz? - zapytał, majstrując coś za łóżkiem, na którym leżałem.

- Nie jest źle, dzięki - odpowiedziałem szeptem.

- Jak znam Annabeth, to pewnie niedługo tu przyjdzie. Korzystaj z wolności - zaśmiał się, dzięki czemu kąciki moich ust poderwały się nieznacznie do góry.

- Ile czasu tu jestem? - zapytałem, gdy znowu pojawił się w moim polu widzenia i usiadł na krześle obok.

- Pięć dni, ale nie marz, że wyjdziesz stąd tak szybko. Przez najbliższy tydzień zero wstawania z łóżka.

- Ja się tu wykończę - powiedziałem, nadal lekko się uśmiechając.

- Dobra, wrócę za parę godzin, jak leki przeciwbólowe będą przestawały działać - Will wstał z krzesła i skierował się do wyjścia. Zanim jednak otworzył drzwi, dodał jeszcze, że powie Annabeth, że się obudziłem.

Gdy drzwi zamknęły się za synem Apolla, zostałem sam. Zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Bladożółte ściany, drewniana podłoga, jakaś szafka z lekami po prawej stronie i dwa krzesła przy łóżku, na którym leżałem. Jednak gdzie tylko skierowałem wzrok, to w oczy rzucała mi się biel pościeli. Nie lubiłem białego. Ten kolor zawsze mi się źle kojarzył. Może dlatego, że sufit w mieszkaniu mojej mamy jest biały? Przecież często w moim krótkim życiu musiałem leżeć na podłodze i prosić go, żeby się zawalił. Wtedy wszystkie światła by zgasły, a cały ten koszmar się skończył. Bogowie, o czym ja myślę. To były tylko marzenia sprzed siedmiu lat, teraz mam gorsze sprawy na głowie niż zawalający się sufit.

Wracając do bieli. Kojarzyła mi się jeszcze z czymś innym. Było to rok temu i nadal we śnie widzę czasami tę scenę. Zapłakaną matkę nad stygnącym ciałem swojego syna. Mimo że widziałem w życiu niejedną śmierć, ta odbiła się na mnie najbardziej. Mimo tego, że nawet nie znałem tych ludzi. Zamknąłem zmęczone oczy, przywołując bolesne wspomnienia, które w jakiś sposób zostawiły swój ślad na moim sercu.

***

Byłem wtedy w szpitalu. Od czasu ubiegłotygodniowego upozorowania przez Gabe'a mojej próby samobójczej bałem się mojego ojczyma jak rosnącego w siłę Kronosa. Czułem się już zdecydowanie lepiej, przynajmniej w sensie fizycznym. Lekarze kategorycznie jednak zabronili mojej mamie zabierać mnie ze szpitala. Spotkania z psychologiem, dodatkowe badania i inne tym podobne sprawy. Muszę jakoś ciągnąć tę szopkę. Co ja mam im powiedzieć, że ojczym chciał się mnie pozbyć? Znając Gabe'a, gdybym coś takiego powiedział, to nie pożyłbym zbyt długo.

Oczy Koloru MorzaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz