Rozdział 12

3.2K 204 121
                                        

Po drugim dniu pobyciu w "izolatce" zaczynałem się wkurzać nie na żarty. Trzy razy dziennie Annabeth przychodziła do mnie i dawała mi coś do jedzenia, jednak nie udało mi się wyciągnąć z niej informacji, kiedy mnie wypuszczą. Zniosłem unieruchomienie pasami na twardym jak beton stole. Przemilczałem też ohydny napój przynoszony mi przez córkę Ateny, abym nie musiał chodzić do toalety. Zniosłem leżenie bez ruchu przez czterdzieści osiem godzin, ale bycie sam na sam ze swoimi myślami już nie było takie zabawne. Mógłbym przysiąc, że byłem na skraju szaleństwa, gdy trzeciego ranka drzwi uchyliły się wcześniej niż zwykle i zobaczyłem Chejrona w swojej końskiej postaci, Annabeth i Pana D.

- To było konieczne, Percy - usłyszałem głos Chejrona, który stanął teraz nade mną.

- A może tak pana przywiążemy na dwa dni to stołu i zostawimy samego? - warknąłem w stronę koordynatora obozu. Z trudnością powstrzymywałem się od rzucenia wyzwisk po jego adresem. Zawsze go podziwiałem, uważałem za wzór. Jak mógł mi to zrobić? Naprawdę nie było innego wyjścia.

- Wiem, że to było okropne, ale zrozum, że Tyfon mógł przejąć nad tobą kontrolę w każdej chwili. Teraz też może - powiedziała Annabeth kładąc mi dłoń na ramieniu.

- Wypuścicie mnie? - zapytałem, dając za wygraną. Może kłótnia to nie był najlepszy sposób na zwalczanie gniewu.

- Po to przyszliśmy - odpowiedział Chejron, a ja odetchnąłem z ulgą. Annabeth sięgnęła ręką pod stół i po kolei odpinała krępujące mnie więzy. Gdy ostatni pas opadł na podłogę, spróbowałem podnieść się na łokciach, jednak rwanie w krzyżu nie pozwoliło mi być w pozycji siedzącej.

- Mówiłam, żeby położyć go na czymś miękkim - wymamrotała Annabeth kładąc ręce na moich plecach i pomagając mi usiąść. Bolały mnie barki, krzyż, szyja, kręgosłup i łopatki. Nie próbowałem nawet wstać, bo byłem pewien, że nie dałbym rady bez pomocy mojej dziewczyny.

- Więc... co teraz? Wracam do domku Posejdona?- zapytałem zerkając na Chejrona.

- Nie, zostajesz tutaj - odparł centaur. - Annabeth przeniosła wczoraj tworze rzeczy z domku numer trzy do pokoju w Wielkim Domu. Twój miecz zostaje u mnie, dopóki cała sytuacja się nie wyjaśni.

- Ale... - chciałem protestować, jednak przerwał mi Dionizos.

- Peterze Johnsonie, stanowisz zagrożenie dla reszty obozowiczów i tym samym dla całego świata. Długopis nie wróci do twojej kieszeni, nie licz na to. Ja bym trzymał cię tutaj jeszcze co najmniej przez miesiąc, ale Annabel zażądała wypuszczenia cię stąd.

- Jak już wiesz, nie możesz opuszczać obozu. Gdy będziesz w Wielkim Domu, będę miał na ciebie oko, gdyby coś takiego się powtórzyło. Kilkoro półbogów zostało poinformowanych o obecnej sytuacji. Annabeth, Nico, Clariss i dwójka dzieci Apolla, których wyposażyłem w strzałki ze środkiem usypiającym. Dopóki nie nauczysz się jak odpierać ataki Tyfona twoi przyjaciele będą cię pilnować - wyjaśnił Chejron kładąc mi rękę na odrętwiałym ramieniu.

- Przykro mi Percy, że to wszystko spotyka ciebie. Dasz radę - posłał mi ciepły uśmiech i po chwili on i Dionizos zniknęli za drewnianymi drzwiami.

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem Annabeth, która usiadła teraz obok mnie i splotła swoje palce z moimi.

- W Wielkim Domu. Jak się czujesz?

- A jak mam się czuć? Zostawiliście mnie przywiązanego do stołu, samego na dwa dni. Jak mam się czuć? - zapytałem. Może zabrzmiało to trochę za ostro, ale złość na Annabeth wróciła.

- Percy... Glonomóżdżku zrozum, że musieliśmy - odparła, wstając i ciągnąc mnie za lewą rękę. Z trudem stanąłem na nogach. Lekko się zachwiałem, przez co Annabeth musiała przytrzymać mnie, żebym nie upadł na podłogę.

Oczy Koloru MorzaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz