Wybiła północ. Dostałem SMS od Amber. Mam udać się nad staw.
Wyjełem z pod łóżka bambusowy kij.
Wyszedłem przez okno.
Po kilku minutach byłem nad stawem. Staw był pokryty lodem. Zauważyłem na środku stawu Amber. Podeszłem do niej. Było bardzo zimno. Amber miała w rękach bambusowy kij. Nic nie powiedziała tylko dała znak,że walka się zaczeła. Machnełem kijem,ale Amber to zblokowała. Kopneła mnie w brzuch i wten sposób odepchneła mnie na jakiąś odległość.
Zaczeła na mnie sarżować. Zrobiłem szybki unik.
-Es hora de hacer la pelea un poco difícil.(Czas trochę utrudnić walkę.)-powiedziała śmiejąc się Amber
Amber z całej siły tąpneła nogą w lód, który był pod nami. Lud pękł i pływały tylko tafle lodu.
-O to dla mnie? Niemusiałaś-powiedziałem śmiesznym głosem
Amber zaczeła szybko skakać z tafli na tafle w moją stronę. Ja też zaczełem skakać w jej stronę. Obydwoje skoczyliśmy i zaczeliśmy bić się kijami. To było bez sensu, bo każdy cios to był blok od przeciwnika.
Amber oderzyła mnie kijem od góry. Ja spadłem do stawu. Szybko wypłynołem. Wstałem na tafle lodu i ostatnimi siłami weszłem na suchy ląd. Byłem cały przemarźnięty.
Nagle przedemną pojawiła się osoba. Ta osoba miała ciemny kaptur i perelyną. Jego twarz zasłaniała czarna maska. Miał jasno fioletową koszulę, długie, zielone rękawiczki. Na koszuli miał zieloną M. Nad kapturem był znak zapytania.
-Chodź zaprowadze cię do domu-powiedziała tajemnicza osoba wyciągając rękę w moją stronę
-Okej*kaszel*-powiedziałem ledwo przytomy
Wziął mnie na ręce i szedł w stronę mojego domu. Weszedł przez okno do mojego pokoju. Położył mnie na mojim łóżku.
-Jak *kaszel* się nazywasz?*kaszel*-spytałem zmarnowanym głosem
-Jestem Mysterion-powiedział tajemniczym głosem i wyskoczył przez okno. Zamknełem okno i ubrałem się w piżamę i poszedłem spać. Rano słyszałem głos:
-Kochanie wstawaj, bo się spóźnisz-powiedziała mama
Nastała cisza.
Mama weszła do mojego pokoju. Szturchneła mnie. Przyłożyła dłoń do mojego czoła.
-Zostaniesz w domu. Jesteś chory-powiedziała stanowczo mama
-Leż i nigdzie nie idź. Będę na 16. Kocham cię-powiedziała mama i wyszła z mojego pokoju.
Gdy mama wyszła z domu. Do mojej mamy podbiegł Kenny. Mama powiedziała mu, że niebędę dzisiaj w szkole, bo jestem chory.
Jakiś czas później.
Na przerwie Stan rozmawiał z Kylem i Kennym.
-Serio jest chory?-spytał się Kyle
-Tak mi mówiła jego mama-powiedział stanowczym głosem Kenny.
Chłopcy byli na placu. Do chłopców podeszła jakaś postać.
-Wiedziałam, że kłamiecie-krzykneła do nich postać
Stan,Kyle i Kenny się odwrócili zobaczyli Amber.
-Dobra w szlaufy. Mówcie gdzie jest Liśiek!-krzykneł Amber zdenerwowanym głosem
-Nie wiemy-Powiedział Kyle
-Kłamiesz-krzykneła Amber
Amber chciała uderzyć Kyla pieścią ale ktoś złapał ją za nadgarstek. Amber się odwróciła i zobaczył mnie.
-Zostaw*kaszel* ich-powiedziałem przytomniejszym, skrzeczącym głosem
Amber szybko mnie podcieła nogą. Upadłem na brzuch. Amber nadepneła na moje dłonie opcasami. Bolało mnie to jak diabli. Amber chwyciła mnie za koszulkę i mnie podniosła. Miała zgiętą pięścią i chciała mnie uderzyć w nos.
-Podaj mi jeden powód dlaczego nie miałabym sprać cię na kwaśne jabłko-powiedziała zdenerwowanym głosem
-Bo*kaszel* nie będziesz mieć takiej *kaszel* satysfakcji jak z gnębienia mnie*kaszel*-ledwo powiedziałem
Amber mnie puściła i poszła w swoją stronę.
Stan,Kyle i Kenny podbiegli do mnie. Wzieli plecaki i odprowadzili do domu. W mojim pokoju położyłem się na łóżku.
Kyle wyją bandaże i opatrzył moje dłonie.
Do mojego pokoju weszła mama.
-Co się stało?Kim oni są?-spytała się moja mama i podbiegła do mnie
-To są moji *kaszel* przyjaciele-powiedziałem głosem
-A co się stało z twojimi dłońmi?-spytała się mama
-Marcin....-powiedział Stan
-Spadł......-Powiedział Kyle
-Z schodów-powiedział Kenny
-Tak *kaszel* spadłem z schodów*kaszel*, bo chciałem wziąść coś do picia-powiedziałem skrzeczącym głosem
-Okej. Chłopcy jesteście głodni?-spytała się mama
-Nie dziękuje musimy iść, bo dzisiaj jestą zawody siatkarskie dziewcząt, a dziewczyna Stana kazała nam go przypilnować, żeby tam był-powiedział Kyle
-Okej-powiedziała mama i wyszła z mojego pokoju
Stan, Kyle i Kenny pożegnali się zemną i poszli do szkoły.
Ja poszedłem spać.
Jakiś czas później. Była chyba godzina 20 albo 22 już sam niewiem.
Czyłem jak ktoś siedział na mojim łóżku. Poszedłem spać.
Koło mnie siedziała Amber.
-Nie dasz rady mnie pokonać! Jesteś tylko mrówką-powiedział głos
-Zostaw go-powiedziała Amber
-O więc przyszłaś go wykończyć wspaniale-powiedział głos
-Nie. Przyszłam go chronić przed tobą-powiedziała Amber
-Ale czemu?-spytał się sarkaztycznie głos
-Ponieważ,gdy jest chory ty masz większe szanse-powiedziała Amber
-Czemu ty go chronisz? Przecież chcesz go zabić.-spytał się głos
-Ponieważ plany się zmieniły-powiedziała zarumieniona Amber
Amber wzieła 2 tabletki i podała mi je do ust. Tabletki połknąłem. Choć nadal spałem.
Amber stała i zastania wiała się nad czymś. Podeszła do mnie. Przybliżyła swoją twarz do mojej. Pocałowała mnie w usta. Potem cała się zarumieniła i wyszła przez okno.
CZYTASZ
South Park Liceum
Humor(ZAKOŃCZONE)Opowieść dzieje się gdy główni bohaterowie zaczynają przygode w liceum. Do tego liceum idzie też Nowy.
