Rozdział IV

618 52 27
                                        

Spojrzała na mnie, pytającym wzrokiem.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała, z uśmiechem na twarzy.
- Wyglądasz bardzo seksownie.

Jeden krok i byłem, przy niej, przycisnąłem ją do ściany. Dokumenty, które trzymała w ręce upadły, z szelestem na podłogę.
Rękę położyłem na jej talii, a drugą wsunąłem, w jej krótkie włosy. Nasze spojrzenia, na chwilę się spotkały, by po chwili zapomnieć cię w pocałunku. Poczułem jak wsuwa ręce, pod mój podkoszulek i delikatnie, opuszkami palców, przesuwa po moich plecach.
To był krótki pocałunek, jak zawsze, objąłem ją i położyłem twarz na jej ramieniu. Lubiłem jej zapach, konwalii i jaśminu.
Poczułem słodki smak na języku, lukier, musiała niedawno jeść pączki, lubiła je.

- Znów się obżerasz? - wyszeptałem jej do ucha.
- Tylko dwa, małe.
- Jak przytyjesz, to zapadnie się pod nami łóżko.
- To ty będziesz musiał schudnąć.
Zaśmiała się i jeszcze mocniej mnie objęła.

Ana przyjechała z moim Transportem, poznaliśmy się na pokładzie samolotu, którym przylecieliśmy. Już po pierwszym tygodniu, spędziliśmy razem noc, ale nie ze sobą, tylko obok siebie, objęci. Ona również, miała swoje koszmary i razem stawialiśmy im czoła. Byliśmy czymś więcej, niż przyjaciółmi, ale mniej niż kochankami. Pocałunkami zapełnialiśmy, naszą pustkę, a objęcia dawały nam bezpieczeństwo, którego tak nam brakowało od dwóch miesięcy.

Niektórzy mogli uważać nas za parę, ale Tolerancja zabrania nam o tym rozmawiać. Możemy wierzyć co chcemy, robić ze sobą co chcemy, ale nie możemy tego ujawniać przed światem. Wierzyć w domu, kochać się w domu, od pewnego czasu, nawet śluby można były tylko w najbliższej rodzienie zawierać.

Pocałowałem ją w czoło i trudem, odsunąłem się od niej. Podniosłem jej dokumenty, zauważyłem tytuł „Spadek leczonych Nietolerancyjnych", podałem jej.
- Gdzie idziesz? - zapytałem.
- Nocna misja, nic nie mówiłeś. - powiedziała, a ja zrozumiałem.
- Przepraszam.
- Nie musisz. Dowództwo. - powiedziała z uśmiechem, jechała na ostatnie piętro, nigdy tam nie byłem. Dowództwo rzadko wzywało, do swoich komnat. - A dziś masz jakieś plany? - zadała mi pytanie, a ja usłyszałem, nutkę nadziej w jej głosie.
- Jestem wolny, a co chcesz, sprawdzić stan mojego łóżka?
- Haha. Nie, wybieramy się na miasto, może pójdziesz z nami?
- My, to znaczy?
- Ja, Julia, Alex i Robert. - sami doktorzy, których nie darzę sympatią. - Proszę, nie chce z nimi być sama. - jak mogłem jej odmówić.
- Dobrze. O której?
- Osiemnasta, przy wyjściu?
- Ok.
Nasze dłonie, przez krótką chwilę, były ze sobą splecione. Gdy znów nacisnąłem STOP, ruszyliśmy i znaleźliśmy się, po przeciwnych stronach windy.
- Do zobaczenia. - powiedziałem, gdy wyszedłem na piątym piętrze, a winda ruszyła na sam szczyt.

Poszedłem na strzelnicę, zająłem wolne miejsce, założyłem tłumiki na uszy i przyłożyłem karabin do ramienia. Ustawiłem się w pozycji klęczącej, zamknąłem oko. Strzeliłem, chybiłem w manekina, oddalonego dwadzieścia metrów. Nacisnąłem spust, drugi raz, trzeci, czwarty, piąty, trafiałem w ręce, w nogi. Każdy mój strzał, dawał szansę przeciwnikowi na kontra atak. Zamknąłem oczy, przypomniałem sobie, ostatnią rozmowę z Alex'em i Robertem, wyobraziłem sobie, że jeden z nich stoi na miejscu manekina. Otworzyłem oczy, strzeliłem. Manekin stracił głowę.
Mam z nimi, spędzić wieczór, a z taką łatwością ich zabijam.

_____________________________________

Witajcie, rozdział krótki, ale trochu związany z Walentynkami i chciałbym wam życzyć Dużo Miłości i Miłości do książek! <3

I mam prośbę, jedna osoba mnie zaszantażowała, druga rozkazała, a inna dała wiarę, piszę dalej, choć wiem, że to dla was męka to czytać ;) Ale chciałbym się poprawić, dlatego, proszę jak widzicie, jakiś błąd w moim pisaniu (jest na pewno ich sporo) żebyście napisali w komentarzu. Postarm się to zmienić, w dalszych częściach. A i pozywtywne komentarze, (chociażby, nie umarłam/em jak to czytałam/em) też mile widziane.


Misja [zawieszone]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz