17. Insygnia Śmierci

139 5 16
                                        

— Nie dasz w spokoju odejść, prawda? Moja następczyni? — odezwał się znajomy głos, którego nie słyszała od wielu miesięcy.

— Nikt nie każe ci mnie niańczyć, Grindelwald.

Gellert zaśmiał się chrapliwie.

— To się jeszcze okaże.

Harry, Draco i Thomas leżeli blisko siebie, lecz wciąż nieprzytomni. Gellert przeniósł ich wszystkich jednocześnie, nawet nie używając różdżki. Niemal przeźroczysta postać stała z założonymi rękoma na piersi i wpatrywała się w Alice z ironicznym uśmiechem. Przypominał tego samego Grindelwalda, którego Alice pożegnała przy ostatnim spotkaniu — jako starszego czarodzieja, lecz wciąż o przystojnych rysach twarzy, bujnej czuprynie i nienagannym ubiorze. Gellert, jakby czuł, na czym skupiła uwagę Gryfonka, odruchowo wygładził materiał swego płaszcza.

Odwrócił się od dziewczyny, pozwalając jej bezczelnie przyglądać się jego postaci, podczas gdy on rozglądał się dookoła. 

— Niezła to musiała być chałupinka, na pewno. — Pokiwał z aprobatą głową. — Jeszcze lepiej musiała się palić. Uwielbiamy być dramatyczni, czyż nie? 

— Skąd ty się w ogóle tu wziąłeś? Co z twoim odejściem? — syknęła, starając się zbytnio nie hałasować. Tylko tego brakowało, aby jej towarzysze się pobudzili i zobaczyli przed sobą widmo dawnego potężnego czarnoksiężnika. 

— Nosisz wciąż mój naszyjnik. — Wskazał dłonią na klatkę piersiową dziewczyny, gdzie pomiędzy piersiami faktycznie spoczywał symbol Insygni Śmierci. — Może to nie był horkruks, ale zostawiłem w nim namiastkę swej mocy, która po prostu przybrała mój kształt, aby cię uratować. A skoro o tym mowa... Ty zidiociała czarownico! Czego was w tym Hogwarcie uczą?! Narażać się na takie ryzyko! I w czyim towarzystwie?! Drugiego uczniaka i dwóch nieogarniętych, świeżych aurorów?!

Narastający gniew oraz podniesiony głos w ogóle nie pasowały do postaci Gellerta, przynajmnie tak zakładała Alice, bo nigdy nie spotkała go, gdy świat zarówno magiczny jak i mugoli padał przed nim na kolana. Słyszała jedynie, że budził grozę, a litości nie miał nawet dla niemowląt, o ile nie były magicznego pochodzenia. Mimo to Alice wbiła wzrok w swoje, zakurzone od pyłu Golgoty, buty. Musiała przyznać, że było to miłe uczucie, gdy ktoś wyrazał w ten sposób swoją troskę o nią. Kiedyś karciły ją siostry — o każde drzewo, na które się wspieła. Potem także ciotka. W pewnym momencie swojego życia, choć młodego, Alice została kompletnie sama.

Brakowało jej trochę tego uczucia. Gellert w końcu odetchnął, nabierając powietrza. Zatrzymał się na moment, starając się uspokoić oddech. Wiedział, że nie ma już czasu do stracenia. Nie był pewny, ile mocy dokładnie zawarł w symbolu, i ile czasu mu zostało do całkowitego zniknięcia. Szybko rozeznał się w sytuacji — nie było już jego ani Toma Marvolo Riddle'a, zwanego niegdyś Lordem Voldemortem. Od razu rozpoznał wyznawców Koryfeusza po ich dziwnych, charakterystycznych szatach. Nie spodziewał się, że przepowiedziany przez gobliny Twórca Śmierci powróci tak szybko. 

— Nie mam czasu na dłuższy wykład na temat twojej nieodpowiedzialności — przyznał, wciąż pilnując, czy któryś z mężczyzn nie budzi się zbyt wcześnie. — Kiedy uczęszczałem do Durmstrangu przez pewien czas nauczali nas o czarnoksiężniku, który nauczał za czasów założycieli Hogwartu. — Alice uchyliła lekko usta, nie spodziewając się, że jakakolwiek część historii jej szkoły jest nauczana w innych placówkach. — Koryfeusz Vundomhive. Został wypędzony przez samego Salazara Slytherina. Poświeciłem swoje życie na czarną magię, eksperymenty, ale także badanie kogoś tak potężnego jak on.

— Studiowałeś Koryfeusza? — Jej oczy błysnęły z ekscytacji, jakby spodziewała się, że Grindelwald poda jej odpowiedzi na wszystkie pytania, rozwiązując przy tym problem z czarnoksiężnikiem. 

ImperiusOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz