2009
michael; i ty śmiesz mówić mi, że nie wiem nic o życiu? w takim razie jesteś tak samo żałosny jak ja. nie wiesz jaki to stan w którym siedzisz zamknięty w czterech ścianach skulony w kłębek bo świat cię po prostu przarasta. nawiedzające myśli, że tutaj nie pasujesz. że to najzwyczajniej w świecie nie jest twoje miejsce. kłębiące się w głowie myśli, które bolą. ranią coraz bardziej każdy fragment ciebie.
luke; ja w przeciwieństwie do ciebie do cholery starałem się! próbowałem, podejmowałem walkę, a ty? poddałeś się już na samym starcie.
michael; nie wiesz jak to jest, gdy zewsząd ogarnia cię cisza, która boli. nie masz pojęcia jak czuje się osoba, która woła o pomoc, a nikt jej nie słyszy, bo tak jest po prostu łatwiej, a w środku wszystko we mnie wyje, wrzeszczy i błaga o to by ktoś usłyszał ten niemy krzyk, który prosi o pomoc, o chwilę uwagi, zrozumienie, a nie tylko cholerne ocenianie i wytykanie wad.
luke; wiem aż za dobrze jakie to uczucie. nie było w moim życiu dnia, w którym nie modliłbym się o to, by to wszystko w końcu dobiegło końca. bym z tego gówna wyszedł lub po prostu umarł. to kurewsko boli, gdy istniejesz, ale nie żyjesz. pobierasz tlen, ale nie możesz złapać oddechu. gdzie każdy ruch, każda czynność wywołuje ból.
michael; ty przynajmniej wychowywałeś się mając ojca i matkę. ja nie miałem kompletnie nic!
luke; miałem przy sobie rodziców, ale czułem się jakbym nigdy ich nie miał. jakbym był sam ze wszystkim. miałem ich obok, ale czułem, że ich nie ma. myślisz, że interesowali się moim stanem? nie raz i nie dwa byłem świadkiem kłótni "idealnego małżeństwa", które z ideałem nie miało nic wspólnego. słyszałem każde wyzwisko jakie w siebie kierowali. słyszałem każdy jeden zbity talerz, który latał po salonie czy kuchni. setki razy byłem świadkiem łez osoby, która nigdy nie zasługiwała na ból. chciałem cały ten ciężar przenieść na siebie, by ona miała lżej. czułem się jak ostatni śmieć, gdy patrzyłem na to wszystko i wiedziałem, że nie mogę zrobić kompletnie nic, bo i mi się oberwie. i oberwało parę razy. do tej pory pamiętam każde uderzenie. i nadal śmiesz twierdzić, że nic nie wiem o życiu i dobrze, że miałem przy sobie takich rodziców?
michael; ty ich przynajmniej miałeś. nawet nie wiesz ile kosztuje mnie każde wstanie z łóżka. każdy nowy dzień i walka o lepsze jutro, a tak naprawdę to gówno prawda, nie ma lepszego jutra. nie ma nic.
luke nigdy nie czuł się tak źle jak podczas tej kłótni z michaelem. myślał, że to w końcu koniec jego udręki. że w końcu zza chmur wyjdzie upragnione słońce, które tak bardzo chciał w końcu ujrzeć. sądził, że niebieskowłosy uratuje go i wszystko będzie dobrze tak jak sobie wymarzył.
michael czuł się jak ostatni śmieć, gdy pozwolił, by z jego ust zaczęły uciekać tak mocne i raniące słowa. nie chciał krzywdzić luke'a, ale wiedział, że nie potrafi nic innego. jedyne czego chciał to schronić się w miejscu, gdzie nikt go nigdy nie znajdzie. schronić się razem z blondynem i już nigdy nie musieć wychodzić w ten krzywdzący świat.
po tej pierwszej i ostatniej kłótni, gdy luke i michael wrócili do swoich domów coś w nich pękło. nie wiedzieli co robią, czuli się jak w amoku, który złapał ich w swoje sidła i nie chciał puścić.
luke na strychu podczas wyjazdu służbowego rodziców, przygotował sobie specjalnie miejsce, które miało być jego bramą do nieba lub, co bardziej uważał za prawdopodobne, przejściem do piekła. nie czuł strachu. w końcu wiedział, że kiedyś do tego dojdzie. czekał tylko na moment, gdy w końcu jego ostatnia bariera pęknie.
michael przewracał między palcami opakowanie silnych leków przeciw depresyjnych, a obok niego leżała druga paczka z lekami hamującymi lęk.
wiedział, że tym razem uda mu się doprowadzić sprawę do końca. że już nigdy nie stchórzy tak jak pół roku wcześniej. był gotowy to zrobić, przecież tyle na to czekał.
{...}
obaj płakali. łzy leciały strumieniami z zielonych jak i niebieskich oczu pragnących tylko spokoju, ciszy i miłości.
jednak najważniejszej rzeczy jakiej chcieli to tylko trochę uwagi, by ktoś po prostu podszedł i spytał czy wszystko jest w porządku.
wiedzieli, że nikt ich nie znajdzie. że to ich jedyna szansa, którą musieli wykorzystać.
i wykorzystali.
luke'a hemmingsa znaleźli niespełna dwa dni po tym jak powiesił się na strychu swojego rodzinnego domu. obok niego leżała kartka z krótkim listem, by ktoś przeprosił jakiegoś pięknego, ale zniszczonego chłopca, który wprowadził światło w jego nędzne życie i dał nadzieję, której mu brakowało przez tyle lat.
luke miał jedynie dziewiętnaście lat.
michaela clifforda odnaleziono już dwadzieścia godzin po tym jak zażył dwa opakowania leków, które popite zostały nieznanym trunkiem o wysokiej zawartości spirytusu. przy nim znaleziono jedynie szkicownik zapełniony nieskończonymi portretami jakiegoś nieznanego chłopaka. przy każdym rysunku znajdowała się krótka notatka dotycząca zapewne uczuć chłopaka.
michael w listopadzie skończyłby dziewiętnaście lat.
obaj zniszczeni, przegrani i zabójczo w sobie nawzajem zakochani.
odeszli.
CZYTASZ
talk about it ▪ muke
Fanfictionkilka słów może zmienić wszystko, ale nigdy nie wiesz czy nie spowoduje to lawiny nieszczęść; lub kilka burzliwych miesięcy z życia dwójki chłopców, którzy dorastali w dwóch odrębnych światach, a bestialsko zniszczyli siebie na swoich oczach...
