Problems

118 10 2
                                        

  Obudziłem się w nocy oblany zimnym potem. Rozejrzałem się, dokoła sprawdzając, czy nadal jestem w swoim pokoju. O dziwo byłem. Usiadłem, na skraju łóżka stawiając, stopy na zimnej posadce sprawdzając przy tym godzinę. Czwarta trzydzieści. Świetnie wyszeptałem do samego siebie. Mozolnie wstałem, z łóżka kierując się w stronę kuchni. Gdy przekroczyłem, próg kuchni moje serce niemal stanęło.

-Theo- Krzyknąłem. Ten chłopak mnie kiedyś wykończy- Też nie mogłeś spać- Spytałem po chwili, kiedy moje serce przestało nawalać jak opętane. Chłopak na moje słowa kiwną, tylko głową biorąc przy tym łyka jakiegoś napoju.

-Coraz bardziej mi się to nie podoba- Powiedziałeś, gwałtownie wstając, chwiejąc się przy tym- Dlaczego moja głowa w tej chwili każe mi cię nienawidzić- Dodałeś, łapiąc się za nią.

-Theo, o czym ty mówisz- Spytałem, podchodząc bliżej.

-Nie rozumiesz- Krzyknąłeś- Odkąd masz, te swoje gówniane moce nie mogę normalnie spać. Czuję jak bym się dusił, a za każdym razem jak ich używasz, przed moimi oczami pokazuje się obraz chłopaka, którego już w ogóle nie znam. Zmieniłeś się.

-Ja nawet nie wiem jak mam na to odpowiedzieć- Szepnąłem, stając naprzeciwko ciebie.

-Właśnie, my już nawet nie rozmawiamy- W twoich oczach mogłem dostrzec ocean, który z każdą sekundą pragną się uwolnić- Nie wiem, ile dam radę to wytrzymać. Chciałbym jak najdłużej, ale to nie jest zależne ode mnie.

-Kochanie- Szepnąłem. Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Patrzyłem się na ciebie jak najgorszy debil- Nie zmieniłem się. Ja po prostu chciałem poczuć to, co wy czuje cię na co dzień. Szacunek, odwagę i tę cholerną przynależność. Oni cię tu chcieli Theo a mnie niestety nie, lecz od kiedy mam to- Krzyknąłem, rozpalając w swoich dłoniach ogień- Czuję to wszystko, co wy- Patrzyłem się w twoje smutne oczy. Czułem się winny- Możemy wyjść z tego- Rzekłem po chwili- Tylko musisz mi zaufać- Złapałem cię energicznie za ręce- Ufasz mi- Spytałem, na co odpowiedziałeś krótkie tak- Weźmiemy to wszystko dzień po dniu, godzina po godzinie a minuta po minucie. Zapomnimy o moich mocach, znów stanę się nieznaczącym Liam'em, lecz ty też musisz mi coś obiecać. Przestaniesz się wszystkim martwić, spojrzysz na świat inaczej. Dobrze- Powiedziałem, przykładając czoło do twojego- Nie pozwolę temu upaść ponownie. A teraz idziemy chwytać to, co nam ostatnio umknęło- Krzyknąłem.

Pociągnąłem cię za rękę w stronę korytarza. Chwyciłem za twoje rzeczy wiszące na wieszaku i nakazałem ci je założyć. Po chwili byliśmy już ubrani i gotowi. Przekroczyliśmy, próg dzielący nas od ciepłego domu a w nasze twarze uderzył zimny podmuch powietrza. Rozejrzałem się dokoła i zacząłem, biec przed siebie zostawiając cię za sobą. Co chwila było słychać łamane patyki pod naszymi stopami, których nie mogliśmy zobaczyć. Przez ten mrok nie jeden raz uderzyliśmy twarzą prosto w drzewo. Biegliśmy, bez celu aż natrafiliśmy na pustą polane pokrytą białym puchem. Odwróciłem się za siebie i zobaczyłem cię biegnącego wprost na mnie a po chwili moje ciało uderzyło w biały puch. Lubiłem cię takiego, takiego roześmianego. Poczułem, jak twoje ciało swobodne upada na moje powodując u mnie chwilowy brak powietrza. Twoje usta momentalnie znalazły się na moich całując mnie tak delikatnie, jak nigdy przedtem, lecz po chwili moja twarz znalazła, się pod śniegiem a do moich uszu dobiegł twój śmiech i skrzypienie śniegu pod twoimi butami. Szybko się otrzepałem i pogoniłem za tobą. Byliśmy jak małe dzieci, które pierwszy raz widzą śnieg. Czuliśmy coś, czego nam brakowało już od jakiegoś czasu. Ty chodziarz na chwile przestałeś się martwić i myśleć o przyszłości a ja w końcu miałem odwagę i ciebie. Niebo nad nami robiło, się już jasne a my leżeliśmy na śniegu wpatrując się w siebie.

-Mógłbyś, mi pokazać co jeszcze potrafisz- Spytałeś, przysuwając się do mnie bliżej pozwalając śniegowi okryć ci część twarzy.

-Miałem tego nie używać- Odpowiedziałem, odgarniając śnieg- Ale dla ciebie mogę zrobić ten jeden wyjątek- Szepnąłem, po chwili wstając, na równe nogi co również uczyniłeś ty.

Zdjąłem, rękawiczki rzucając je pod nogi. Po chwili jednym ruchem odgarnąłem, śnieg wokół nas powodując, że jego płatki zaczęły swobodne opadać. Z jednej ręki zaczęła lać się woda, którą po chwili zamroziłem, tworząc pod naszymi stopami lodowisko.

-Mam nadzieje, że tyle wystarczy- Zaśmiałem się patrząc wprost na ciebie.

-Może je nawet polubię. A teraz wracajmy do domu- Szepnąłeś, łapiąc mnie za rękę.

Po godzinie znaleźliśmy się już pod domem cali przemarznięci. Szybko weszliśmy, do środka zastając resztę w salonie oglądających jakieś gówno. Nie wracając, na nich uwagi udaliśmy się, do pokoju wskakując pod kołdrę.

-Godzina snu nikomu nie zaszkodzi- Powiedziałeś, przytulając się do mnie.

-Tym razem popieram twoje zdanie- Zaśmiałem się, obejmując cię ramieniem.  


____________________________
Hej Mam nadzieje, że rozdział wam się spodoba. Pomijam końcówkę która mi po prostu nie wyszła. 
Miłego dnia i Wesołych świat (Tak wiem spóźnione) 

Winter//thiamOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz