Nieważne sprawy (wg Richarda Taylora)

207 10 4
                                        

Wyszłam z parku i skierowałam się do wspomnianego wcześniej budynku. Nie był duży, ale za to sprzedawca był bardzo miły. Jakiś czas temu miałam mniej pracy i często tam pomagałam po szkole i przed pracą.
Zerknęłam na zegarek. Wskazywał 8.27, czyli Steve powinien przyjechać za jakieś 3 minuty. Rozejrzałam się dookoła i kiedy stwierdziłam, że nikogo nie ma uruchomiłam prawdziwą funkcję zegarka. Na ekranie pojawiło mi się kilka opcji, ale ja wybrałam śledzenie zegarków. Z tego co widziałam to Steve jest już za rogiem. Wyłączyłam zegarek i podeszłam do przejścia. Po chwili przede mną zatrzymało się czarne auto. Obeszłam je i zajęłam miejsce pasażera.

- Hej Steve. Dzięki, że przyjechałeś.

- Nie ma sprawy. Mogę wiedzieć po co jedziesz do firmy?

- Muszę zająć się "nie ważnymi" sprawami - odpowiedziałam z ironią w głosie. - Według Richarda sprawy, które nie są wagi państwowej są nieistotne - wyjaśniłam, kiedy zobaczyłam, że nie bardzo rozumie.

- W sumie to prawie nigdy nie zajmujemy się takimi sprawami. Zazwyczaj są one o znaczeniu międzynarodowym. 

- To samo pomyślałam. Bardzo chciałam zobaczyć jego minę, gdybym mu to powiedziała.

- Ja też. Jak kiedyś mu to zdradzisz, a mnie przy tym nie będzie musisz mu zrobić zdjęcie.

- Masz to jak w banku. Później je sobie oprawię w ramkę i powieszę na ścianie.

Reszt podróży minęła nam na zwykłych tematach rozmów, czyli na przykład o mojej nowej broni, którą ma mi przysłać znajoma z Japonii, lub o jego zegarku, który ma jeszcze więcej opcji szpiegowskich niż poprzedni. Tak. Typowe tematy rozmów.

Po mniej więcej 40 minutach dojechaliśmy do celu. Nasz ośrodek z zewnątrz przypominał dwupiętrowy budynek jakiejś starej, nieczynnej szkoły - farba odchodziła ze ścian, a ta co jeszcze na nich została była nie do odróżnienia kolorystycznie, okna na parterze zabite deskami, a drzwi zamknięte na kłódkę. Jednak to były tylko pozory. Większa część budynku mieściła się pod ziemią. Piętra ogólnodostępne dochodziły do poziomu minus 7, a pod nimi były jeszcze 3 inne piętra, do których wstęp miały tylko osoby upoważnione. Nad ziemią była tylko recepcja i jedna z siedzib ochrony. Wjazd na parking był zakamuflowany w małym budynku za "szkołą" wcześniej służył pewnie jako domek dla ogrodnika. Zawsze interesowało mnie jak oni to zbudowali, że nikt nie widział jak to robią.

Winda dla aut jest dość duża, zważywszy na to, że czasami przyjeżdżają tu ciężarówki. Steve wysiadł na chwilę, żeby włożyć kartę do czytnika przy drzwiach. Po chwili winda ruszyła. Widziałam to jedynie po numerach pięter na panelu sterowania, które malały. W windach niemal nie czuć jazdy i nic nie słychać. Cichy dzwonek oznajmił, że dojechaliśmy na parking. Od razu podszedł do nas Mark - pracownik parkingu, którego zadaniem było odprowadzenie samochodu na miejsce parkingowe, żeby agenci nie musieli tracić na to czasu.

- Cześć Mark - uśmiechnęłam się.

- Hej Ana. Zazwyczaj jesteś później. Coś się stało?

- Właściwie to tak, ale to nic co groziłoby apokalipsą. Wyjeżdżam z LA na jakiś czas i muszę pozałatwiać sprawy z Mikiem.

- Rozumiem. A kiedy wracasz?

- Jeszcze nie wiem. Wszystko zależy jak to się ułoży.

- Ok. To powodzenia. Wracaj szybko, bo bez ciebie będzie tu nudno.

- Do zobaczenia.

Skierowaliśmy się w stronę naszego pokoju zebrań. Po drodze wszystkich, których napotkaliśmy witali nas uśmiechem. Nasz zespół był jednym z najbardziej lubianych, ponieważ mimo, że byliśmy najlepsi i szef naszego wydziału był naszym kumplem to byliśmy dla wszystkich mili i pomocni oraz, co najważniejsze, nie wywyższaliśmy się z tego powodu. Po kilku minutach doszliśmy do naszego pokoju. Był on średniej wielkości. Naprzeciwko drzwi była duża na całą ścianę tablica, na której pojawiały się różne informacje na temat misji i miała funkcję telefonu, który od razu łączył z daną osobą (przydawała się do rezerwowania biletów na koncerty bez kolejki). Była również połączona z naszymi telefonami i laptopami. Po lewej stronie stały stoły, na których można było rozłożyć jakiś sprzęt (typu laptop), a obok nich stało sześć ruchomych, wygodnych foteli. Po prawej stronie były dwie szafy z segregatorami, na tematy zakończonych misji (oczywiście tych najtajniejszych tam nie było). Na środku pokoju stał mały, niski stolik, a dookoła niego były cztery fotele (piąty stał pod tablicą) i jedna kanapa dwuosobowa. Na fotelach po środku siedziały już dwie osoby. Uśmiechnęłam się patrząc na bliźniaków. Mimo, że nimi byli z wyglądu całkiem się różnili - Jesse miał blond włosy i szare oczy, a Jack czarne włosy i brązowe oczy. Na ulicy nikt nawet, by nie pomyślał, że są ze sobą spokrewnieni. Na siedzeniu pod tablicą był nasz szef - Michael Wright. Z wyglądu był bardzo surowy, kiedy jego piwne oczy patrzyły na ciebie miałeś wrażenie, że zagląda w głąb twojej duszy. Mimo lekko niechlujnie ułożonych brązowych włosów budził ogromny autorytet. Jednak to były tylko pozory. Mike był bardzo miły i wyluzowany. Wszystkich traktował na równi. Nie zwracał uwagę na płeć, wygląd czy wiek (to ostatnie dotyczyło zwłaszcza mnie) tylko na umiejętności. Był dla mnie jak prawdziwy wujek, a nie jak Richard. To on zajął się mną po śmierci moich rodziców i zapewnił posadę w tej firmie.

- Hejka Ana. Cześć Steve.

- Hej Jack. Miło was widzieć.

- Słyszeliśmy, że od nas uciekasz. To prawda?

- Nie uciekam, tylko wyjeżdżam na jakiś czas do San Francisco.

- Na jedno wychodzi. Jak wasza rozmowa? Druga Moskwa?

- Na szczęście nie. Pamiętaj, że tym razem groziło nam najwyżej posłanie Richarda na ostry dyżur, a nie wybuch III wojny światowej.

- A ja dalej nie wiem co się zdarzyło w Moskwie - odezwał się Jesse.

- Jeśli to cię pocieszy to ja też nie wiem co się tam stało. Wie tylko Ana, Jack i Mike. Opowiecie nam w końcu?

- Co zdarzyło się w Moskwie, w Moskwie pozostanie - powiedział Jack.

- Właściwie to to było pod Moskwą, a nie w niej - zauważyłam.

- Koniec dyskusji - zarządził Mike. - Skłaniam się ku stwierdzeniu Jacka i zamykamy sprawę. Mamy do załatwienia jeszcze parę spraw. Właściwie to jest ich dość dużo, a Ana wyjeżdża, więc przepisałem trochę dla innych zespołów.

- A co mamy teraz?

- Zastanówmy się... Zamach na agentów ONZ, którzy odwiedzają inny kraj z misją dyplomatyczną? Podłożenie bomby w brytyjskim konsulacie? No i kradzież planów zbrojeniowych marynarki wojennej. Czyli w sumie nic nadzwyczajnego. Bierzecie jakąś sprawę czy robicie sobie wolne i spędzacie ostatni dzień Any w LA razem?

- Wolne! - krzyknęliśmy zgodnie.

- W porządku. Gdzie będziecie? Rozdam zadania i do was dołączę.

- Chodźmy do mnie. Obejrzymy jakiś film i zamówimy pizzę - zaproponował Steve, a my na to przystaliśmy. Szykuje się długi maraton wszystkich części Szklanej Pułapki.

***

Hejka

Co tam u was?

Co myślicie o "nieważny zadaniach"?

Co się zdarzyło w Moskwie? Czekam na wasze teorie.

Mam nadzieję, że się podobało

Ana Avlynn

Agentka 00XOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz