Lavender
Rozdział +18
Tydzień. Siedem dni. Sto sześćdziesiąt osiem godzin. Dziesięć tysięcy osiemdziesiąt minut. Sześćset cztery tysiące osiemset sekund.
Dokładnie tyle czasu spędziłam w szpitalu już po przebudzeniu i w pełnej świadomości. Każda sekunda, w której zamykałam oczy przypominała mi o czasie spędzonym w świecie ciemności i mroku. Po czwartej próbie zaśnięcia bez koszmarów po prostu się poddałam, przestałam zamykać oczy. Codziennie odwiedzał mnie Hunter i Asher, Dove pojawiła się tylko kilka razy. Podczas krótkich wizyt była przygaszona i wyobcowana, coś się dzieje i nie chce mi powiedzieć, ale to po niej widać. Po tylu wspólnie spędzonych latach nic już przede mną nie ukryje.
Gdy wreszcie po wszystkim James pozwolił mi wyjść z tego wariatkowa, co prawda nie chętnie i zanim to zrobił walnął dwu godzinny wykład mi i chłopakom o tym co mi wolno, a czego nie. Jak można się spodziewać zakazów i nakazów było znacznie więcej niż wolej woli, mimo wszystko cholernie cieszę się na myśl o własnym łóżku i prysznicu. Nie sądziłam, że tak bardzo można tęsknić za własnym kiblem, a jednak. Zaraz po opuszczeniu sali szpitalnej i samego szpitala oboje zachowywali się jakbym była niepełnosprawna. Z początku było to dość zabawne, gdy nawet guzika w windzie nie pozwolili mi przycisnąć, ale przestało takie być kiedy Asher chciał mnie podetrzeć. Szanujmy się każdy ma granice i to była moja. Nie jestem inwalidką żeby każdą najmniejszą rzecz musieli wykonywać za mnie inni, chce wrócić do normalności i zapomnieć o tych feralnych dwóch miesiącach.
Hunter otworzył przede mną jasne drzwi i zapraszającym gestem wskazał abym weszła. Nogi delikatnie mi zadrżały, a ręce zaczęły się odrobinkę trząść. Sama nie wiem czym się stresuję, przecież to do kurwy mój własny dom, a zachowuje się jakbym do pieprzonego prezydenta miała iść. Zacisnęłam dłonie w pięści i z determinacją wypisaną na twarzy ruszyłam przed siebie, było późne popołudnie przez co słońce było coraz bliżej horyzontu. We wnętrzu domu panował pół mrok, tylko złociste promienie słońca wpadały przez spore okna i rozświetlały pomieszczenie. Idąc w głąb domu uśmiech na mojej twarzy się powiększał, tęskniłam za każdym cholernym elementem tego wystroju. Wszystko wyglądało tak, jakby od dawna nikt tu nie przebywał, pachniało sterylną czystością niemal tak jak w szpitalu. Od razu zemdliło mnie na ten zapach, chciałam się uwolnić od szpitala, a szpital jest w moim domu. Wyrzuciłam tę myśl z głowy i zostawiając chłopaków w tyle pobiegłam na górę nabawiając się przy tym kolki. Moja kondycja jest gdzieś na poziomie jądra ziemi.
Zanim dotarłam do swojego pokoju usłyszałam szybkie i głośne kroki na parterze. Gdy moi rycerze w lśniących zbrojach zauważyli jakikolwiek większy ruch z mojej strony oczywiście musieli zareagować i uratować mnie sama nie wiem od czego. Wywróciłam oczami i pchnęłam drewnianą płytę, za którą znajdował się mój pokój, moja świątynia i oaza spokoju. Rzuciłam się na łóżko wtulając twarz w poduszki, moja błogość nie potrwała za długo dosłownie kilkanaście sekund później Asher wraz z Hunter'em wpadli niczym poparzeni do pokoju. Podniosłam się do siadu i spojrzałam na nich z najładniejszym uśmiechem na jaki było mnie wtedy stać. Widok ich zaróżowiałych policzków i szybko unoszących się klatek piersiowych wprawił mnie w iście szampański nastrój, ochota roześmiania się najgłośniej jak potrafiłam była zdecydowanie większa niż moja samokontrola. Salwa śmiechu wypełniła ściany pokoju, a morderczy wzrok tej dwójki przeszył mnie na wskroś.
- Stójcie tak jeszcze chwilę, muszę to uwiecznić - powiedziałam między napadami śmiechu i sięgnęłam do tylnej kieszeni jeansów po telefon. Gdy urządzenie znajdowało się już w moich rękach zimny, wręcz lodowaty głos powstrzymał mnie przed kolejnym ruchem.
CZYTASZ
Waiting For Hell
Teen FictionDRUGA CZĘŚĆ DYLOGII SOUL Co się stanie, gdy stracimy czujność? Gdy pozwolimy uczuciom powoli i boleśnie wkroczyć w nasze życie? Co się stanie, gdy zaufamy na tyle, aby nie zadawać pytań i nie oczekiwać wyjaśnień? Odpowiedź jest prosta: Nie wiesz do...
