rozdział 9

1K 85 126
                                        

Właśnie przygotowywałem się na wypad do Hogsmeade, gdzie miałem spotkać się z Newtem. Na szczęście nie szedłem sam. Szło jeszcze kilku nauczycieli, którzy chcieli skorzystać z czasu wolnego od nauczania.

Gdy miałem już wychodzić, usłyszałem za sobą cichy szmer. Zignorowałem go jednak, bo to pewnie znowu jakieś omamy słuchowe.

Letnie, wieczorne niebo, jest najpiękniejsze. Kolory, które tworzy zachód słońca rozlewają się po niebie, a malownicze chmury poruszają się powoli, w ledwo wyczuwalnym, chłodnym wietrze.

Było ciepło. Szedłem spokojnie ścieżkąz rozglądając się dookoła. Wydawałoby się, że wszystko było idealnie. Może i z zewnątrz, tak jest. Jednak wewnątrz mnie, toczyła się walka. Walka myśli.

Jeśli mam opowiedzieć Newt'owi, co łączyło mnie i Gellerta, muszę się jakoś określić. Określić, co tak naprawdę do niego czułem... co czuję. Cholera. To nie jest takie proste. Ale może jednak... Newt to mój przyjaciel. Może on mi uświadomi, co tak naprawdę czuję.

Nim się obejrzałem, byłem już w pięknej, zazwyczaj zatłoczonej wiosce. Teraz jednak, nie było tu dużo ludzi. Był wieczór, wszyscy pewnie siedzieli w domach i jedli kolację. Jedyne miejsce, które zwykle tętniło życiem, był bar pod trzema miotłami, jednak nie miałem zamiaru tam iść, bo wiem, że Pod Świńskim Łbem będę miał więcej prywatności. Szczególnie jak wypożyczę pokój.

Otworzyłem skrzypiące drzwi knajpy i otrzepałem odruchowo spodnie, z niewidzialnego pyłku. Rozejrzałem się i podszedłem do lady, za którą stał niski, pulchny mężczyzna.

– Witam. Chciałbym wypożyczyć pokój na czas około godziny. – poprosiłem uprzejmym głosem, a postać za ladą podała mi klucz do pokoju numer 7. – No i jeszcze jedno. Czy byłby tak miły i jeśli przyjdzie tutaj chłopak, Newt Scamander, to poprosi go pan do mnie? – dodałem, a w odpowiedzi otrzymałem skinienie głową.

Odwróciłem się i wszedłem po spróchniałych schodach do korytarza. Wyszukałem odpowiednie pomieszczenie i wszedłem do niego.

Jednak dosłownie chwilę po tym, jak postanowiłem usiąść na jednym ze starych foteli, zobaczyłem, że do pokoju wchodzi chłopak.

– Witaj Dumbledore. – powiedział i usiadł na krześle obok mnie.

– Dobry Wieczór Newt. Jak się masz? – zdobyłem się na entuzjastyczny ton, chociaż wewnętrznie miałem ochotę zacząć płakać lub krzyczeć, z tej bezradności.

– Mówiąc szczerze to źle. Niuchacze ostatnio mi się pochorowały, a żmijoptaki nie chcą znosić jaj. A jak tam u pana? Czemu pan chciał się ze mną widzieć?

Westchnąłem głośno i oparłem łokcie na nogach.

– Właśnie w tym problem, że źle. Po prostu źle. Czuje się bezradny, w sytuacji, w której znajduje się ja. Ja i cały świat czarodziejów.

– A-ale co ja mogę takiego zrobić. Ja jestem tylko młodym, zoologiem. Nie umiem doradzać w sprawach psychologii... – wypowiedział szybko i spojrzał na mnie zdezorientowanym wzrokiem.

– No i właśnie dlatego chcę, byś mi pomógł. Chłopcze. Ty jedyny umiesz mnie zrozumieć. Jedyny będziesz umiał mi pomóc. Jesteś jednym z nielicznych, którym mogę zaufać... Błagam cię... – moje słowa były coraz bardziej niewyraźne. Miałem wrażenie, jakbym zaraz miał wybuchnąć.

Nigdy się tak nie czułem. Myślałem, że umiem to powstrzymać. Że to wszystko to już przeszłość. Ale najwyraźniej jak dochodzi co do czego, to człowiek staje się inny...

Widząc, że chłopak lekko skinął głową, ponownie westchnąłem i spojrzałem mu w oczy...

– Ostatnio mówiłem ci, że nie mogę walczyć przeciw Grindelwaldowi... Na pewno wiesz też, że byliśmy przyjaciółmi. Ale jednak nie jest to do końca prawda. Zaczęło się pewnego, słonecznego poranka w Dolinie Gordyka. Poranka, który zapamiętam do końca życia. Miałem wtedy 16 lat. Moja mama, kazała zanieść mi naszej sąsiadce Bathildzie Bagshot świeżo upieczoną szarlotkę. Ja, jako wzorowy syn i sąsiad, zgodziłem się. Wziąłem talerzyk i poszedłem do sąsiadki. Gdy tylko ta otworzyła drzwi i zobaczyła mnie, wręcz zaciągnęła mnie do środka do salonu. Do salonu, w którym siedział chłopak, rozwalony na kanapie. Miał długie, blond włosy, jasną cerę i cudowne, dwukolorowe oczy. Bathilda od razu nas zapoznała. Nieznajomy mi chłopak, nazywał się Gellert Grindelwald. Gdy tylko wymieniliśmy pierwsze kilka zdań, zauważyliśmy, że łączy nas dużo wspólnego. Obaj uwielbialiśmy się uczyć, czarować i przeżywać przygody. Os tamtego spotkania, zacząłem widywać się z nim codziennie. W tym czasie, dowiedziałem się na przykład, że wyrzucili go z Dumstargu, za władanie czarną magią. Przez ten czas, zdążyłem także przywiązać się do niego. Wtedy tylko jak do przyjaciela. Codziennie wymienialiśmy między sobą sowy. Bardzo dużo dyskutowaliśmy też o insygniach śmierci. Niby bajka dla dzieci, ale jednak dużo w niej prawdy. Ale to jednak historia na kiedy indziej. Po około dwóch latach przyjaźni, miałem wrażenie, że i ja i on czujemy do siebie coś więcej, jednak żaden nie okazał tego w żaden sposób. Po porstu zachowywaliśmy się jak bardzo dobzi przyjaciele. Postanowiliśmy zawrzeć pakt krwi. Pakt, który sprawi, że nigdy nie będziemy mogli stanąć przeciwko sobie. Po tym czynie, nasza więź umocniła się jeszcze bardziej. Aż pewnego dnia, zdobyłem się na to i wyznałem Gellertowi co do niego czuje. Wyznałem wszystko, co leżało mi na sercu. Moim zdziwieniem było, gdy on sam, powiedział, że od dawna czuje to samo. Żyliśmy w zgodzie przez tyle lat... Robiliśmy wszystko razem. Szukaliśmy nawet insygniów śmierci. Lecz jednego dnia wszystko się pokomplikowalo, a moje życie wręcz runęło. Pokłóciłem się z nim. Powiedziałem mu, że nie zgadzam się na jego ideały. Nie zgadzam się, na mordowanie niewinnych. A wtedy... Stało się to, czego nikt nie przewidział. Stanęliśmy do pojedynku, który przerwała moja młodsza siostra, w którą w tamtym momencie trafiła klątwa uśmiercająca, która miała być dla mnie... A wtedy Grindelwald uciekł. Uciekł i nigdy nie wrócił. A ja. A ja załamałem się. Mój najlepszy przyjaciel...

Z moich oczu wydobyły się łzy. Jak to możliwe, że umiałem się tak otworzyć przed moim byłym uczniem...

Newton widocznie zdezorientowany wpatrywał się we mnie, aż w końcu zdobył się by mnie zapytać:

– A co pan do niego czuł? Ale tak szczerze.

– Byliśmy bliskimi przyjaciółmi... – zacząłem znowu.

– Ale tak szczerze. Pierwsze co przyjdzie panu na język. – przerwał mi chłopak.

– Ja... Czułem do niego bardzo dużo. Ciężko mi opisać to uczucie. Gdy przy nim byłem, odczuwałem szczęście. Jakbym miał zaraz odlecieć. Miałem wtedy ochotę w ciszy wpatrywać się w jego hipnotyzujące oczy i dotykać jego delikatnych jak aksamit dłoni. Tak było przez cały czas naszej znajomości. Pragnąłem jego dotyku. Chciałem, by był jak najbliżej mnie. A jak odszedł... Poczułem... Poczułem po prostu pustkę. Jakby zabrano mi tlen. Po prostu wtedy już nic nie miało sensu. – wziąłem głęboki wdech i otarłem mokre poliki. – To chyba była. Nie. To JEST... Miłość.

Scamander nic nie odpowiedział. Wlepił wzrok w swoją dłoń i z grobową miną nawet nie pomyślał się poruszyć.

Myśląc, że po prostu nie interesuje go opowieść, podniosłem się z fotela i bez słowa podszedłem do drzwi.

Lecz zanim wyszedłem, usłyszałem za sobą głęboki, jakby wzruszony głos.

– Naprawdę?



×××

Polsacik moi mili ❤️

~ Dla większego dobra ~ Grindelwald x Dumbledore ~Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz