Siedziałem w bibliotece i pisałem listy. W końcu trzeba powiadomić wszystkich o powrocie do Kwatery. Chcąc nie chcąc zadanie to padło na mnie. Wszystkie zwinąłem w rulon i związałem brązowym kawałkiem sznurka. Może lepsza byłaby zwykła koperta?
Wziąłem wszystkie papiery i ruszyłem na poszukiwania Miiko. Zważając na godzinę skierowałem się do Sali Alchemicznej. Zapukałem i wszedłem do środka. Przerwała swoją rozmowę z Ezarelem i spojrzała na mnie.
-Napisałem wszystko.
-Daj Keroshane do sprawdzenia. On zajmie się rozesłaniem ich. Powinien być gdzieś w ogrodzie.
Skinąłem głową i opuściłem pomieszczenie. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę ogrodu. Zacząłem szukać jednorożca nie mając ochoty na znoszenie ciekawskich jak i współczujących par oczu wlepionych w moją postać.
Stanąłem pod wiśnią i zauważyłem poszukiwanego przeze mnie chłopaka. Podbiegłem do niego i się przywitałem. Ten odwrócił się w moją stronę poprawiając swoje okulary.
-Miiko kazała Ci to przekazać. - podałem mu listy.
-Wspomniała o tym. Zaraz się tym zajmę. Dziękuję.
No i poszedł w swoją stronę. A ja? Stałem jak kołek nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wkońcu westchnąłem cicho i spojrzałem w niebo. Ruszyłem mozolnie w stronę lasu. Pomimo bolącej świadomości, że ze jej tam nie znajdę nie umiem inaczej. Nie mogę dopuścić do siebie straty Leili.
Przechadzałem się pomiędzy drzewami rozglądając się dookoła. Przez moją głowę przechodziły różne wspomniania. Po dłuższej wędrówce oparłem się o drzwo wlepiając wzrok w otaczjącą mnie naturę. Kilka minut później zebrałem się w sobie i zacząłem wracać do K.G.
Przeszedłem przez bramę, po czym szybkim krokiem przemierzyłem ogród. Czemu wszyscy muszą mi się tak przyglądać? Myślą, że wyczytają z mojego ciała co się dzieje? Zmęczony psychicznie nakrętymi myślami wpadłem do pokoju. Usiadłem na brzegu łóżka i położyłem swoje dłonie na karku nachylając się do przodu. Do moich oczu zebrały się łzy.
-Ja sobie tego nie wybaczę. Mówiłem, że pójdę z nią.
Warknąłem cicho sam do siebie. Słysząc pukanie do drzwi przetarłem wilgotne oczy i uniosłem głowę. Mruknąłem ciche "Proszę". Do pokoju weszła Karenn. Usiadła obok mnie i połozyła rękę na plecach.
-Nev... - mruknęła smutno. - To nie Twoja wina. Zrobiłeś wszystko, aby ją odnaleźć.
-Nic nie wiesz. Nie zrozumiesz.
-Masz rację. Odczuwasz to inaczej. Jedak pamiętaj. Ona jest zawsze z Tobą tutaj. - przyłożyła palec do mojej klatki piersiowej. Na pewno nie chciałaby, abyś się teraz poddawała. Musisz być silny.
-Nie potrafię. Ona była moim wszystkim.
Przytuliła mnie nic nie mówiąc. Potrzebowałam tego. Ciepła drugiej osoby, współczucia, zwykłej rozmowy. Objąłem ją ramieniem.
-Idź do Ezarela. Chciał z Tobą pomówić.
-Jemu napewno też jest ciężko.
-To była jego przyjaciółka. Napewno chce Ci pomóc.
-Idź już spać. Poczochrałem ją po głowie.
-Ty też. Dobranoc
-Dobranoc.
-Dziewczyna wyszła, a ja położyłem się na łóżku. Mój wzrok spoczął na kremowym suficie. Moje myśli dalej krążyły w okół Leili. Jak można pozbierać się po utracie żony? Czego oni ode mnie oczekują? Liczą, że od tak zapomnę o tym co nas łączyło?
Czułem smak jej ust na swoich. Każda jej pieszczota doprowadza mnie do szaleństwa. Uśmiechnąłem się trzymając dłoń na jej talii. Obdarowała mnie cudownym uśmiechem. Jej uszy śmiesznie skakały wyłapując najcichsze dźwięki.
-Muszę iść. - mruknęła
-Gdzie? - zacząłem dotykać jej słodkich uszek
-Las.
-Po co? - zmarszczyłem brwi
-Obiecałam, że pójdę pozbierać brakujące zioła.
-Mogę iść z Tobą? - zamruczałem
-Nie. - zaśmiałam się. - Nie mam pięciu lat i za dziesięć minut masz stawić się u Karuto.
-Nie chce mi się do niego iść. - jęknąłem niezadowolony
-Trzeba było nie rozwalić połowy kuchni w pogoni za jakimś gryzoniem. - zaczęła chichotać.
-Dobra chodźmy już.
Wstaliśmy z łóżka i wyszliśmy z pomieszczenia. Skierowałem się niechętnie do kuchni odprowadzając wcześniej wilczycę wzrokiem w stronę drzwi. Dostałem od kucharza kolejną reprymendę oraz mop wraz ze zmiotką. Sprzątając kuchnie oraz naprawiając drzwiczki od szafek nuciłem pod nosem ulubiona piosenkę swojej żony.
Przyłożyłem swoje dłonie do twarzy. Z chęcią krzyczenia odwróciłem się na brzuch. Wtuliłem w siebie poduszkę. Ugryzłem się w język nie chcąc czasem kogoś obudzić.
-Mówiłem, że z Tobą pójdę. Dlaczego musiałem iść do tej kuchni? Czemu akurat wtedy?
Nie mając już siły na zadawanie sobie pytań zamknąłem oczy. Ja się w końcu wykończę psychicznie. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem mając przed sobą najpiękniejszy widok na świecie. Mojego małego wilczka.
CZYTASZ
𝙽𝚒𝚎𝚙𝚛𝚣𝚎𝚠𝚒𝚍𝚢𝚠𝚊𝚕𝚗𝚒
De TodoNic nie może trwać wiecznie, zawsze coś się spieprzy. Nigdy nic nie idzie dokładnie po naszej myśli. Życie pcha nas w różne sytuacje i różne drogi. Podsyła nam różnych ludzi, ale nie wolno nam się wszystkim przejmować. Lepiej kochać i cieszyć się pr...
