13. De morte prologus

471 16 6
                                        

Warszawa, listopad 1941

Tuż po tym, gdy ciężkie, sędziwe drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem, zamarła. Zaledwie jedna sekunda wystarczyła, by marazm nużącej codzienności prysł jak bańka, a umysł powrócił do trybu przetrwania. Tak, jak w tej łapance, która wciąż nawiedzała ją po zmrużeniu oczu.

Zdawało jej się bowiem, że usłyszała szloch.

Anna zmrużyła powieki, poszukując źródła owego dźwięku. Na klatce schodowej zapanowała piszcząca cisza, w której wyraźnie mogła usłyszeć bicie własnego serca.

Nic, zupełna cisza.

Poirytowana bezowocnym czekaniem, zrezygnowała z nasłuchiwania. Niepokojący głos uznała z kolei za przykrą złośliwość zmęczonego pracą ciała. Myśl o tym, że nawet tutaj nie zazna spokoju, została skwitowana krótkim westchnieniem.

Nawet nie przestąpiła dwóch stopni, kiedy jej uszu ponownie dobiegł cichy dźwięk. Z wahaniem uniosła głowę, lecz po kolejnym odgłosie zrozumiała, że dobiegał on z dołu.

Z piwnicy.

Pomimo codziennego widoku mordu i gwałtu, jej ciało i tak zareagowało gęsią skórką. Ze wszystkich miejsc kamienicy, musiało być to akurat najbardziej mroczne.

Głośne pociągnięcie nosem przywróciło ją do rzeczywistości. Pomimo lęku, nie mogła przejść obojętnie na czyjś płacz. Nie tak ją wychowano.

Kto wie, może ktoś upadł w drodze na dół lub został ranny?

Dlatego też z wahaniem zbliżyła się do pogrążonych w mroku schodów. Na skutek braku jakiegokolwiek źródła światła, zapytała wpierw:

– Czy jest tam kto?

Zastała martwą ciszę. Na tyle długą, iż zwątpiła w to, że łkanie rzeczywiście pochodziło z dołu. Już miała odejść, by wznowić poszukiwania, lecz powstrzymał ją szept:

– Anna?

Zrozumiała, z kim miała do czynienia.

– Wiola? – Odetchnęła z ulgą, że okazał się to ktoś znajomy. – Wszystko w porządku?

– Nie – szept dziewczyny przesiąknął goryczą.

– Czemu tu tak siedzisz? – Gdy milczała, dodała: – Czy udało ci się... z Zygą?

Ostatnie słowa wymówiła niemal szeptem w obawie przed reakcją Wioletty. Jednak to pytanie zadała poniekąd celowo. Chciała wymusić na niepokojąco apatycznej dziewczynie odrobinę emocji.

Jednakże po oczekiwanej reakcji nie było śladu. Wioletta milczała jak zaklęta, a ciszę przerywało pociąganie nosem.

Stan psychiczny sąsiadki coraz bardziej zaczynał martwić Annę. Dlatego też postanowiła działać i z wahaniem zeszła kilka stopni.

Wtem zastygła, gdy spojrzała w dół. Po jej ciele spłynął lodowaty pot.

Maleńkie krople świeżej krwi pokrywały gdzieniegdzie betonowe schody piwnicy.

– Wioletto, skąd ta krew? – wyszeptała, patrząc zaniepokojona w ciemność. Próbowała w niej odnaleźć ciało dziewczyny. – Czy ktoś ci tam coś zrobił na tej komendzie?

– Zostaw mnie – pomruk z dołu równie dobrze mógł być wymierzonym w nią ostrym policzkiem.

Anna zacisnęła usta w wąską linię. Na nieszczęście dla nich obu, nie zamierzała porzucić skrzywdzonego dziewczęcia, nawet jeśli odmawiało jej pomocy. Wiedziała, że gdyby następnego dnia dowiedziała się o jej śmierci, nie potrafiłaby spojrzeć w lustro.

SzronOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz