42.

74 4 0
                                        

Jak co roku o świcie obudziła mnie babcia z moim ulubionym ciastem i życzeniami. O dziwo tym razem obecna była także Vivienne, co zazwyczaj się nie zdarzało, bo przeważnie przesypiała poranne składanie życzeń, nadrabiając to pod wieczór.

- Sto lat, skarbeńku - babcia siadając na brzegu łóżka, porwała mnie w ramiona.

Zaspana nie bardzo wiedziałam, co się działo, lecz balony, które z tyłu trzymała moja siostra, szybko mi przypomniały.

Nastał ten dzień.
Moje dwudzieste pierwsze urodziny.

I tym samym pierwszy dzień praktyk po ponad trzytygodniowej przerwie.

Sesja letnia, na dodatek wzorowo zdana, pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie miałam nawet czasu przez ten okres myśleć o sprawach związanych z ośrodkiem. Ta przerwa dobrze mi zrobiła. Porządnie odpoczęłam. Dlatego teraz czułam jedynie czyste podekscytowanie na myśl o tym, że zobaczę się z moimi podopiecznymi. Bo przecież wcale nie chodziło o tego konkretnego chłopaka.

- Wszystkiego najlepszego, staruszku - Vivienne zajęła miejsce obok babci, wręczając mi wielkie cyfry „2" i „1".

- Dziękuję - uśmiechnęłam się, doceniając tę naszą małą tradycję.

Babcia Sarah od najmłodszych lat w nasze urodziny budziła mnie oraz siostrę wcześnie rano, podstawiając nam pod nos pachnący wypiek oraz balony albo inne urodzinowe pierdoły.

- Zaproś do nas wieczorem Dhalię - podsunęła babcia - Gdy wrócisz z praktyk, przygotuję specjalną kolację - pogłaskała mnie czule po policzku - Moja mała... - powiedziała ciszej, zamyślając się - Zobacz na jaką wspaniałą osobę wyrosłaś, kochanie. Jestem z ciebie taka dumna - mówiła rozczulona.

Słowa kobiety zawsze mnie wzruszały, bo miały dla mnie niepowtarzalną moc. To babcia przez prawie całe moje życie była dla mnie matką, przyjaciółką, opoką, schronieniem, pomocnicą oraz doradczynią. Nie wiedziałam, kim ani gdzie bym była, gdyby to właśnie ona nie podjęłaby się opieki nade mną i Viv.

Objęłam ciało staruszki, zaciągając się tak dobrze znanym zapachem.

- Kocham cię - powiedziałam.

- A ja ciebie.

***

Pogoda dzisiaj nie rozpieszczała. Mimo iż była połowa czerwca, to gdy tylko wyściubiłam nos z klatki schodowej, przywitało mnie szare niebo zasnute chmurami oraz moczący mi świeżo wymyte włosy, deszcz.

No nic. W myślach na pocieszenie powtarzałam sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dosłownie chwilunia i będę miała swój upragniony samochód. To dodawało mi skrzydeł za każdym razem i motywowało, aby zagryźć zęby i zacisnąć tyłek, ruszając do przodu. Tak też zrobiłam, zmierzając na dobrze mi już znany przystanek autobusowy.

O dziwo los się nade mną zlitował, bo gdy wysiadłam już z autobusu za miastem, przygotowując się na spacer do ośrodka, deszcz ustał, pozostawiając po sobie jedynie mokre drogi i ogromne kałuże.

Mimo wszystko miałam dzisiaj zbyt dobry humor, aby zepsuła mi go pogoda. To nie tak, że wstałam wcześniej, wymyłam i wymodelowałam włosy, dodałam do swojej rutyny dnia delikatny makijaż i ubrałam się ładniej, niż zwykle, chcąc zrobić coś dla siebie w tym dniu.

Dla kogoś mogłoby się to wydawać sztuczne, bo przecież równie dobrze mogłam poświęcić więcej czasu na takie pierdoły każdego innego dnia, lecz ja ogólnie rzecz biorąc nie lubiłam swoich urodzin, dlatego to właśnie ta data była tu istotna. Zbyt bardzo przypominały mi o tym, że 21 lat temu w tym dniu, sprowadziłam na swoich rodziców udrękę, zamiast radości. Chociaż takimi drobnymi gestami sprawiałam, że czułam się minimalnie lepiej sama ze sobą.

Poisoned Minds || 18+Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz