Rozdział 14

191 14 7
                                        

NATHAN

Komfort? Brak

Wygodna? Brak

Chęć ubrania się w jakieś sprane dresy? Kurwa, ogromna.

Czuję się, jak jakaś maskotka z taniego cyrku dla dzieci. Dosłownie. Ubrany jestem w czarną koszulę, czarne garniturowe spodnie, a później będę musiał założyć jeszcze marynarkę. Jakby tego było mało, to na nogach mam jakieś cholernie niewygodne buty, których nazwy już nawet nie pamiętam.

I niby wyglądam dobrze, elegancko, tak jak okazja tego wymaga, a inni prawią mi niezłe komplementy, chociaż one wcale nie podbudowują teraz mojego komfortu, bo czuję się okropnie.

Właśnie podjechałem na bankiet i mam ochoty już stąd odjechać, mimo tego, że nawet nie wszedłem do środka. Na samą myśl o tym, że przez te wszystkie godziny będę widział moją matkę, która ma na ustach ten swój fałszywy, przereklamowany uśmiech i stara się przypasować do wszystkich i wszystkiego chce mi się rzygać.

Głośno westchnąłem, a następnie wyjąłem kluczyki z stacyjki i wyszedłem z auta. Niemal od razu przy moim boku pojawił się młody chłopak, który zajmował się pojazdami przybyłych gości.

– Nie zarysuj go. – powiedziałem, gdy oddałem kluczki chłopakowi. – Ile masz lat? – spytałem po chwili, bo chłopak naprawdę wyglądał na bardzo młodego.

– Za niecały miesiąc osiemnaście. – odpowiedział, a ja uniosłem brwi do góry.

– Osiemnaście? I pozwalają Ci tu pracować, jako ktoś kto ma kierować w chuj drogie samochody, które należą do w chuj bogatych i ważnych ludzi? – zapytałem, a gdy chłopak ewidentnie się zestresował, poklepałem go po ramieniu i mijając powiedziałem: – Mam nadzieję, że chociaż nieźle Ci tu płacą.

Wyminąłem chłopaka, a następnie zacząłem iść w stronę ogromnych drzwi wejściowych, w między czasie poprawiając marynarkę, którą i tak miałem w planach zdjąć przy najbliższej okazji.

– Dobry wieczór, czy mogłabym prosić o numer, który powinien pan dostać przy zaproszeniu na bankiet? – spytała sympatycznie starsza kobieta, która siedziała za recepcją.

– Trzysta osiemdziesiąt pięć. – odpowiedziałem, gdy wyjąłem telefon na którym miałem zapisany numer.

– Pan Nathan Anderson, prawda? – upewniła się kobieta, a gdy przytaknąłem głową, wstała ze swojego miejsca i podała mi małą złożoną kartkę. – Tu jest zapisany numer stolika, do którego Pan dziś należy. Na salę bankietową idzie się prosto, a następnie w lewo. Życzę miłej zabawy. – uśmiechnęła się pogodnie, a ja mimo słabego humoru, również lekko odwzajemniłem uśmiech.

– Dziękuję bardzo. – podziękowałem i zacząłem kierować się w wspomnianą drogę.

Już z daleka mogłem usłyszeć lekką, klasyczną muzykę dochodzącą z jednego pomieszczenia. Otworzyłem kartkę, którą dostałem od recepcjonistki, a gdy zobaczyłem numer trzydzieści trzy, wyrzuciłem papierek do kosza, który stał przy jednej z ścian.

Przeszedłem resztę drogi, a gdy stanąłem przed wejściem do sali bankietowej wziąłem ostatni głęboki wdech i wszedłem do środka.

Pomieszczenie było sporych rozmiarów, a większości przestrzeni zajmowały okrągłe stoły, przy których mieściło się z jakoś osiem osób. Na końcu sali była prowizoryczna scena, na której stał niewielki stół wraz w mikrofonem. Przed sceną był również „parkiet" do tańczenia, na którym ja na pewno nie stanę dzisiejszej nocy.

Skierowałem się do wyznaczonego dla mnie stolika, przy którym ujrzałem swoją matkę, która rozmawia z jakimiś ludźmi.

– O, a to jest właśnie mój syn, Nathan. – odezwała się, mając na ustach ten fałszywy uśmiech, który i tak wszystkich przekonywał do tego, że jest wspaniałą osobą. – Nathan, to Pan Christopher, z którym jestem na jednym dziale w pracy oraz Pan Wickens, który koordynuje naszą pracę. Właśnie rozmawialiśmy o tobie.

Never Gonna Fall Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz