Z pomiędzy skał umyka strumień
Słony jak ocean
Obmyje u podstaw kolumny
Czarnego gmachu
Porośniętego bluszczem
W którym szaleje zamieć
Pozbawiona kierunku
Zahaczy o las
Zbrązowiały, podumarły
W którym nie słychać już śpiewu
Ani szelestu spokoju
Jest tylko mgła, ciężkie opary
Dusząca runo i podszyt
Jak chlor
Złączy się z drugą rzeką
W której ciemnych korytach
Spływa szkarłat
Wydarty z miękkiej ziemi
Przez zdjętych bólem kopaczy
Żelazem ich szpadli
Wpłynie do jeziora
Bez dna
Które karmi się gorzkim deszczem
I tylko rośnie
Nigdy nie maleje
A czarne, smukłe ryby z jego wód
Mnożą się szaleńczo
Wpływają na inne wody, gdzie nie powinno ich być
I sieją zamęt smolistą inwazją
Na końcu wypływa spod skał
Jednak nie czysty, a niczym kanał
Bo ziemia z której wypływa
Zniszczona już od dawna
Zatruta
Jałowa...
Nie potrafi zrodzić
Nieskazitelności
<§>
Narazie wrzucam po trochu to co mi się nagromadziło, więc to nie tak, że nagle doznałem takiego wenowego oświecenia +-+
- Chodząca Niepewność aka Adam
