[o tym, co wydarzyło się "tamtej" nocy]
„Śnij dalej, dopóki twój sen się nie ziści"
-Aerosmith, Dream On
Była to jedna z tych nocy, o których wiele lat później snuje się przerażające opowieści przy ogniskach, i które towarzyszą nam do końca dalszego, spokojnego życia.
Zmrok zapadł nagle i niespodziewanie, niczym skradający zwierz, który w pewnym momencie odważa się zaatakować. Drzewa zasłaniały swoimi potężnymi koronami widniejsze plamy na niebie – ostatki dnia, blaknące dostojnymi, mętnymi barwami i odbijające w srebrzystoszarej mgle leśne oblicze. Wiał lekki wietrzyk wprawiający bezwładne liście w ruch, a ich szorstki szelest dodawał nocy aury tajemniczości. Puszczyki hukały jeden przez drugiego, jakby wyśpiewywały czarodziejską melodię, a okrągły i krwisty księżyc chwilowo skrył się za ciężkimi, deszczowymi chmurami.
Jedyną przerwą pomiędzy poszczególnymi aktami koncertu natury, był głośny, sopranowy krzyk, nawołujący jedno imię:
─ Marley?! Mara! Marleno! ─ krzyczał głos dziewczęcy.
─ Mara?! Mara! Marlena! ─ powtarzało za nim echo.
─ Marleno! ─ powtarzały między sobą złośliwe leśne istoty.
Lily Evans od kilkunastu minut przechodziła się po hogwarckich błoniach (teraz już zapuszczając się bardziej w młode, dziewicze rejony Zakazanego Lasu) w poszukiwaniu swojej współlokatorki i wieloletniej przyjaciółki – Marleny McKinnon. Jej rude włosy lśniły w mroku jak pomarańczowe świetliki, ale oprócz nich dziewczyna nie wyposażyła się w żadne źródło światła, pozwalając chwilowemu szaleństwu zdławić ostatnie okruchy zdrowego rozsądku.
Niepokój o Marlenę rósł z minuty na minutę – zniknęła ona godzinę temu, opuszczając dormitorium szóstorocznych dziewcząt w samodestrukcyjnym, lekkomyślnym nastroju, który w zderzeniu z cechującym ją neurotycznym obejściem nie mógł zwiastować niczego dobrego. Jej współlokatorki – zespół złożony z Lily, Dorcas Meadowes, Emmy Titanic i przypadkiem zamieszanej w cały ten bałagan Hestii Jones – przeczesał już cały zamek w takim stopniu, w jakim szóstoroczne dziewczęta mogły go znać. Podczas poszukiwań nie natrafiły na żaden znaczący ślad, znaleźli się jednak naoczni świadkowie, nocni imprezowicze, którzy zaręczali, że widzieli jak Marlena opuszcza zamek w towarzystwie Remusa Lupina i że obydwoje oddalili się w kierunku błoni. To wyjaśnienie przekonało koleżanki wystarczająco – znana z huśtawek nastroju, ale również wielkiej roztropności Marlena, raczej nie rwała się do łamania zasad regulaminu – a jeśli ktoś już mógł ją do tego nakłonić, to jedynie obiekt jej gorącego, płomiennego i szalonego uczucia, a przy tym pełnoetatowy Huncwot.
Dziewczyny, utraciwszy w swoim kręgu głos rozsądku w postaci Marleny, przegrupowały się nieco bezmyślnie, z czego Lily powoli zaczęła zdawać sobie sprawę. Emma miała wrócić do pokoju i nie wychylać się w miarę możliwości (z jej przyczyny wybuchło bowiem całe zamieszanie), Dorcas i Hestia zobowiązały się przeczesać szkołę raz jeszcze, a Lily zgłosiła się do eksploracji terenów w okolicy zamku. Nie mogły zostawić Marleny samej, nawet jeśli faktycznie włóczyła się gdzieś z Lupinem – chłopakiem raczej godnym zaufania, który bez względu na obecne stosunki łączące go z byłą dziewczyną (ponoć obydwoje zerwali w wakacje w traumatycznych okolicznościach) na pewno odstawiłby ją na to samo miejsce, z którego wcześniej zabrał. Roztrzęsiona Marlena mogła zrobić sobie krzywdę w każdej chwili, umyślnie bądź niechcący. Lily nie wydawało się również, że pogłoski co do towarzystwa Remusa są prawdziwe – nigdzie nie mogła znaleźć paczki Huncwotów, których dzisiaj nie widziała ani w pociągu, ani na uczcie – a to było dość niepokojące.
![](https://img.wattpad.com/cover/40065188-288-k974960.jpg)
CZYTASZ
Hogwart z tamtych lat (1)
Fanfiction"Mówi się, że kobiety kochają tych, którzy je kochają. To nieprawda. Ulegają one temu, który mówi im, że ulegną" - Lew Tołstoj. Pierwsza (poprawiana!) z trzech części prawdopodobnie najdłuższego opowiadania o Huncwotach na polskim Wattpadzie. Lily...