Uparty i Inteligentny Pies

114 7 18
                                        

8 godzin później /*•°×°💠🔹🔷🦌🔷🔹💠🌀

Obudziłem się o... 6:00? Dziwne, oczywiście jak na sobotę, bo w tygodniu budzę się przeważnie o 5:00. To że jestem czarodziejem nie znaczy że mam magiczną pracę, teraz pracuje w sklepiku, ale dobrze zarabiam. Ale tak czy siak zostało mi po Lyallu i podobno zostało trochę pieniędzy od Hope Howelll, czyli w sumie pieniądze po moich rodzicach. Nigdy nie umiałem ich nazywać "rodzicami" no bo przecież wychowałem się bez nich, czyż nie?

Ale wracając Coco nie było w łóżku więc pewnie był w salonie, wstałem i wziąłem długie skarpety w paski. Rozglądałem się przy okazji czy nie ma go gdzieś na korytarzu, byłem już w salonie.. e Coco czytał gazetę.. ummm... Właśnie nie było gazety na podłodze... Zapukałem w drzwi które jak zwykle były otwarte. Coco prawie spadł z kanapy.
-Inteligentny z ciebie pies, co nie?
On na to znowu zniżył głowe do łap jak wtedy kiedy wychodziłem.
-Przerażasz mnie wiesz? Czas iść coś zjeść co nie?
Poszedłem do kuchni i nasypałem karmy dla Coco i zobaczyłem co mogę zjeść sam na śniadanie. Może czekolada? Nie no bez przesady kocham czekoladę ale nie będę jej jeść na śniadanie. Może mam jakieś płatki? Zajrzałem do szafek i znalazły się zwykłe płatki śniadaniowe, więc wsypałem je do miski i zalałem mlekiem. Zjadłem, może nie ze smakiem bo niezbyt przepadam za płatkami ale nie chce mi się robić jakiegoś innego śniadania. Coco zjadł i usiadł na krześle na przeciwko mnie. Wstałem z krzesła i poszedłem do końca kuchni. Poklepałem swoje udo na przywołanie Coco. Poszliśmy do salonu, włączyłem telewizor, nie było nic ciekawego więc wyłączyłem go.

-Moze pójdziemy na spacer co?- zwróciłem się do Coco siedzącego na podłodze tuż obok moich nóg. On przewrócił głowę na bok, jakby czegoś nie zrozumiał. Wstałem i poszedłem do swojej sypialni żeby się przebrać z piżamy, ubrałem się w brązowe spodnie, zwykłą koszulkę i sweter. Zszedłem na dół, zastałem Coco siedzącego w przedpokoju.
-No to chodź wezmę cię na smycz- wyjąłem z szafki smycz i podeszłem do Coco, on na to się oddalił.
-Czyli nie dość że wyglądasz jak on to jesteś tak samo uparty tak?- on znowu zrobił swoją słynną pozę i położył głowę na swoich przednich łapach.
-No chodź tu nie pada a tak czy siak będziesz musiał się załatwić co nie? A ja nie będę sprzątał kupy z dywanu lub spierał twojego moczu jasne?- założyłem ręce na biodra i westchnąłem.
- A teraz jako grzeczny piesek dasz się zapiąć na smycz tak? - podeszłem do niego a on podniósł głowę i spokojnie siedział, dał się zapiąć.
- Można co nie? - uśmiechnąłem się do niego i otworzyłem drzwi, wyszliśmy a on szedł później równo ze mną i się nie wyrywał.

Był jak spokojny pies który "za pierwszym razem dał się zapiąć na smycz". Minęliśmy znowu te same drzewa, krzaki i kamienie. Jak na grudzień a w sumie jego początek nie było mi zimno, miałem tylko płaszcz jeśli chodzi o ubranie wierzchnie. Coco wydawał się szczęśliwy, chociaż nie wiem nadal skąd się tu wziął, w tym mieście górują koty, co uliczkę jest banda kotów. Można się spodziewać że jest to jeden z niewielu psów w tym mieście. Ciekawe czy to jest naprawdę pies, wkońcu naprawdę rano wyglądał jakby czytał gazetę, i czasami przez ten jeden dzień zachowywał się jak człowiek.

A może mi się tylko tak wydaje? Nie wiem ale jego czytanie gazety mnie zaintrygowało... Było to ciekawe, jeszcze się tak wystraszył jak zapukałem w drzwi. Zwolniłem chód przez swoje myśli, jak ja nie lubię myśleć tak przez nic, jakbym zamyślił się ale we śnie, nie da się tego wyjaśnić, teraz stałem nawet tego nie zauważyłem, poczułem do wtedy kiedy Coco pociągnął za smycz. W tej chwili wybudziłem się ze "snu". Zamrugałem i zobaczyłem, Coco wpatrującego się we mnie, znowu miał tą "minę" pomijając to że u psów mimika twarzy jest najmniej widoczna z wszystkich istot no może oprócz wielorybów, rekinów i... Znowu się zamyśliłem. Coś jest ze mną nie tak. Stanąłem znowu na środku drogi? Nie ale na jej brzegu. Coco był teraz mną wyjątkowo zainteresowany.
-Wracamy? - powiedziałem chcąc szepnąć ale i tak powiedziałem to zwyczajnie. Wróciliśmy do domu, była już 14:37 także w sumie mogłem już jeść obiad. Ściągnąłem buty i płaszcz i odpiąłem smycz od szyi Coco. Poszedłem do kuchni wyciągnąłem obiad z lodówki i odgrzałem na patelni. Nasypalem troszkę karmy dla Coco żeby nie czuł się pominięty w porę obiadową. Obiad już się zagrzał i zjadłem go. Nie był wyborny ale dało się zjeść. Była już 15:56 ale byłem już śpiący poszedłem do salonu i zacząłem czytać książkę którą zacząłem już dawno ale nie chciało mi się jej czytać. Zasnąłem już nie pamiętam na której stronie. Obudziłem się jak była ... 20:23?! Jezus Maria ile ja spałem..

Coco leżał na fotelu obok. Ja zamrugałem na wszelki wypadek jakby był to sen, ale była to rzeczywistość. Skoro byłem już taki śpiący to poszedłem do łazienki i umyłem się, przebrałem w piżamę. Poszedłem do sypialni i tak jak wczoraj Coco leżał na łóżku zwinięty w kulkę która tak czy siak zajmowała dużo miejsca. Zgasiłem światło i zwyczajnie zasnąłem.

Coco | | Wolfstar Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz