Obudziłem się pod wieczór. Andy siedział i patrzył w zapaloną lampkę. Usiadłem, przecierając twarz dłonią.
-Dziękuję.-usłyszałem cichy szept blondyna.
-Jak posiedzę tu trochę dłużnej, to może nie zwariuje.-uśmiechnąłem się blado.
-Nie chcę cię zniechęcać do twojego panu, ale...twoi rodzice nie mogą cię stąd zabrać.-spojrzałem na niego zdziwiony.
-O czym ty pieprzysz?-chłopak od razu usiadł prosto.
-O...nie ważne.-spuścił wzrok.
-Co się dziej Andy?-zmierzyłem go wzrokiem.-Jesteś tu już tak długo, a boisz się coraz bardziej.-podszedłem bliżej jego łóżka.
-Nie podchodź.-wystawił dłoń w moja stronę.
-Co się dzieje?-zapytałem twardo.
-Nie wiem.-przeczesał włosy.-Nie wiem.-powtórzył ciszej, był całkowicie zakłopotany.-Andy...spokojnie. Wydarzyło się coś złego?-usiadłem na skraju jego łóżka.
-Jack wyszedł z izolatki.-powiedział przez łzy.
-To, czemu się nie cieszysz?-uśmiechnąłem się delikatnie.
-Bo jutro ja tam idę.-powiedział cicho, a jego głos zadrżał.
-Nie, nie pójdziesz tam. Nie pozwalam.-nie dopuszczałem do siebie tej wiadomości. Wtedy on pojawił się tuż obok Andy'ego. Kreślił na jego policzku kółka swoim długimi i ostrymi pazurami.-Andy.-wyszeptałem.
-Co?-zapytał, spoglądając na mnie.
-Czujesz coś?-zapytałem, przyglądając się uważnie niebezpiecznym ruchom tego potwora.
-Co mam czuć? Jeśli chodzi ci o strach to tak. Jestem przerażony.-pokiwałem głową przecząco. Wyciągnąłem dłoń w kierunku jego policzka i delikatnie dotknąłem tuż przy ostrym paznokciu stwora. Andy patrzył na mnie uważnie, spojrzałem mu w oczy. Chłopak przybliżył się do mnie, sam nie wiem czemu, ale nie odsunąłem się. Spoglądałem to w jego oczy to na jego usta, miałem nieodparta ochotę go pocałować. Spojrzałem na stwora, był tuż za nim, patrzył na nas z mordem w swoich pustych oczach. Przeraziłem się i odsunąłem się od chłopaka, a ten spuścił powoli oczy na podłogę i pokiwał głową.
-Czy jest tu jakiś lekarz?-zapytałem niespuszczająca z oczu czarnej zmory.
-Jest.-spojrzał na mnie.
-Gdzie?-zapytałem i widziałem jego zdziwioną minę kątem oka.
-W pokoju pielęgniarek.-wstałem gwałtownie i ruszyłem do drzwi. Drogę zasłonił mi Andy.
-Co się dzieje?-mierzył moją twarz wzrokiem pełnym strachu.
-Ja...-moje otwarte usta zadrżały, gdy go zobaczyłem za nim z dłońmi wokół jego szyi.-Muszę iść, uważaj na siebie, dopóki nie wrócę.-powiedziałem szybko i wybiegłem na korytarz i pobiegłem do otwartych drzwi z czerwonym plusem na środku.
-Chłopcze co ty tu robisz, już nie wolno wychodzić z pokoi.-odezwał się starszy mężczyzna.
-Pomocy.-czułem te długie paluchy na moich barkach i szyi. Lekarz zabiał mnie go jakiegoś pokoju i posadził na łóżku lekarskim.
-Co się dzieje?-zapytał, szukając czegoś w papierach.
--mój oddech był przyśpieszony, a czarny stwór stał za lekarzem, trzymając dłonie uniesione nad jego głową.
-Jeden parszywy ruch i po nim.-zamarłem, znów ten nieludzki głos przeszył moje ciało.
-Jak się nazywasz?-zapytał, spoglądając na mnie znad okularów.
-Rye Beaumont.-wymamrotałem.
-Dobrze, nie miałeś jeszcze badań u nas?-zapytał.
-Nie.-nie spuszczałem z oczy czarnej zmory, która poszła do kotary i złapała za nią i gwałtownie ja odsunęła, a za nią na łóżku podobnym do tego, na którym siedziałem, leżał martwy człowiek cały siny z szeroko otwartymi oczami. Wstałem gwałtownie i stanąłem pod ścianą. Poczułem, że jest mi niedobrze na widok trupa. Szybko rzuciłem się do umywalki obok mnie i zwymiotowałem.
-Co zobaczyłeś Rye?-zapytał szybko lekarz. Spojrzałem na niego i wtedy zasłona znów zasłoniła martwe ciało, a zmora zniknęła. Obmyłem twarz i ponownie odwróciłem się w stronę lekarza.
-Ja...-głos utkwił mi w gardle.
-Rye spokojnie powiedz, co widziałeś.-zbliżył się do mnie. Spojrzałem na niego, poczułem, że nie jestem tu bezpieczny.
-Chcę stąd wyjść.-wymamrotałem.
-Muszę cię zbadać.-pokiwałem przecząco głową.-Muszę wiedzieć, co cię tak wystraszyło.-spojrzał na mnie poważnie.
-Za tą...zasłonią leży trup.-lekarz zmarszczył brwi, ale wstał i odsłonił pusta łóżko.
-Rye to nie było prawdziwe. Jeśli twój przyjaciel nie jest dla ciebie dobry, musimy się go pozbyć, nie ulegaj mu.-nie odrywając wzroku od pustego łóżka, powiedziałem:
-On nie jest moim przyjacielem.-byłem pewny siebie.
-Dobrze, a więc od jutra zaczniesz terapię. Rano przyjdzie do ciebie pielęgniarka.-pokiwałem głową.
-Miałbym prośbę.-spojrzałem wreszcie na lekarza.
-Jaką?-
-Czy Andy Flower może zostać, a nie iść do izolatki?-lekarz westchnął.
-Ale on zgłosił się za Jacka Duffa.-dłonie zaczęły mi się trząść.
-Proszę.-zacisnąłem mocno zęby.
-Dobrze, ale to ostatni raz.-uśmiechnąłem się blado.
-Dziękuję.-lekarz uśmiechnął się tylko.
-Idź.-wyszedłem szybko z pokoju i pobiegłem pod drzwi numer 685. Gwałtownie się zatrzymałem, ślizgając się po płytkach, gdy zobaczyłem przy nich znów tę zmorę.
-Dziś lekarz przeżył, ale on nie będzie miał tyle szczęścia.-przeniknął przez drzwi do pokoju mojego i blond chłopaka. Otworzyłem je szybko i zobaczyłem Andy'ego z zapalniczką przed nosem, a zmory nie było.
-No nareszcie.-powiedział trochę zły.
-Jezu dziękuję.-rzuciłem mu się na szyję, powalając go na plecy, a zapalniczka upadła na podłogę ze stukotem.
-Dobra wybaczam to nagłe opętanie, ale mnie puść, bo nie mogę oddychać.- spojrzałem mu w oczy.
-On...-urwałem.-Nie ważne, dobrze, że nic ci nie jest.-znów go przytuliłem, oddał pieszczotę, wtulając się we mnie.-Nie idziesz do izolatki.-oderwał się ode mnie i spojrzał zdziwiony.
-Jak to?-uśmiechnął się.
-Tak, że załatwiłem u lekarza ostatnią szansę.-Andy uśmiechnął się szerzej i nagle przywarł ustami do moich, co spowodowało, że na chwalę moje życie, się zatrzymało i nie wiedziałem co, się dzieje. Oderwał się po chwili, a ja potrzymałem mu w oczy z szokiem.
-Przepraszam, to z emocji. Dziękuję.-uśmiechnął się zmieszany, a jego policzki zrobiły się czerwone.
-Dobra nic się nie stało. Też się cieszę, że nie musisz tam iść.-postanowiłem nie zastanawiać się nad tym nagłym pocałunkiem.
-Przyniosłem ci kolację.-zmienił temat, a ja dopiero wtedy zobaczyłem dopiero teraz plastikowy talerzyk z kanapkami. Zabrałem się od razu za jedzenie. Andy siedział tuż za mną, opierając głowę o mój bark, a ja dawałem mu co jakiś czas gryza mojej kanapki.
-Powiesz mi, dlaczego tak nagle wybiegłeś?-zapytał po dłuższej chwili ciszy.
-Wybiegłem dlatego, że...widziałem go. Chciał ci zrobić krzywdę.-spojrzałem mu w oczy.
-Wiesz, że nie dałby rady.-poczułem jego dłonie oplatające mój brzuch.
-Właśnie tego nie jestem pewny.-lampka, przy której siedzieliśmy, zamigotała i zgasła a blond chłopak mocno się do mnie przytulił. Szybko zapaliłem zapalniczkę, a chłopa poluźnił uścisk.
-Przy tobie czuję się taki bezpieczny.-wyszeptał tak jak by zamyślony. Uśmiechnąłem się, żując kolejny kawałek kolacji.
-Miło mi to słyszeć.-powiedziałem i spojrzałem na niego w miarę możliwości.
-Ja...mówię to naprawdę, nikt jeszcze nie sprawił mi takiego bezpieczeństwa jak ty.-zmarszczyłem brwi.
-A twoi rodzice?-zapytałem, lecz od razu żałowałem, że wkroczyłem na tak delikatny temat.
-Ojca nie znam, a matka nie chce mnie odwiedzać więc mam, tylko chłopców, lecz oni nie nie dają mi tego, co dajesz mi ty.-uśmiechnąłem się niepewnie.
-Chyba rozumiem.-zaśmiałem się cicho i ugryzłem kawałek kanapkę.
-Nie...nawet ja tego nie mogę, pojąc do końca.-pokiwał przecząco głową i usiadł obok mnie, przez co mogłem lepiej widzieć jego twarz.
-Do pewnych rzeczy potrzeba czasu, by je zrozumieć.-spojrzałem na podłogę.-Tak przynajmniej mówiła moja mama.-dodałem ciszej.
-Co zrobiłaby twoja mama, gdybyś już z tond nie wyszedł?-zapytała nagle. Zrobiłem duże oczy i wypuściłem ze świstem powietrze ustami.
-Nie wiem...chciałaby pewnie wyjaśnień, ale nie wiem, czy by się z tym pogodziła.-powiedziałem szczerze.-A twoja?-spojrzałem na niego.
-Uciszyłaby się pewnie, że straciła zbędny balast.-powiedział i westchnął, co dało mi do zrozumienia, że zakończyliśmy już ten temat.
Hej witajcie w tym rozdziale. Mam nadzieję, że się podobał, dajcie znać w komentarzach.
Rozdział specjalnie dla ZuzOfficial
CZYTASZ
Painkiller-*Randy*
Novela JuvenilRye-widzi to, czego inni nie widzą. Andy-boi się tego, co czai się w ciemności. Brooklyn-nie chce zostać sam. Mickey-nigdy nie poszedł spać spokojnie. Jack-w każdym widzi diabła. Chłopcy poznają się w szpitalu psychiatrycznym. Czy takie sposoby lecz...