Rozdział XV

62 6 32
                                        

Shane przeciągnęła się, po czym bez pośpiechu zsunęła nogi z niskiego, kamiennego murku. Rzeczywiście było już dość późno – jeszcze niedawno rumiane, oświetlone przez promienie zachodzącego słońca niebo dawało uczucie przyjemnej, ciepłej pory, teraz jednak straciło ono swoje barwy i stawało się coraz to ciemniejsze. To oznaczało, że dziewczyna naprawdę powinna była się już pospieszyć.

W gruncie rzeczy jedną z surowych zasad, o jakich dowiadywali się kadeci pierwszego dnia szkolenia, był zakaz błąkania się nocą po warowni, a już zwłaszcza jej dalszych okolicach, więc tym bardziej nie chciała narażać się prawom panującym w Morthram.

Shane leniwie ruszyła w stronę zamku. Smętnie zwiesiła głowę i mimowolnie się przygarbiła, dopiero wówczas odczuwając skutki wyczerpującego psychicznie dnia. Próg zamku przekroczyła już zupełnie bezmyślnie, odruchowo tylko podążając w stronę dormitorium. Z tego też powodu nie od razu udało jej się zareagować, gdy z dolnych, podziemnych pomieszczeń doszedł ją nieco przytłumiony przez grube ściany odgłos. Był to krzyk. Krzyk tak chrapliwy i bolesny, że Shane, gdy zdała sobie z niego sprawę, zatrzymała się nagle, a jej serce nagle zaczęło bić szybko i niespokojnie. Dziewczyna zawahała się na chwilę. Dźwięk tłukł się echem po klatce schodowej, zniekształcając się upiornie z każdym powtórzeniem. Shane wstrzymała na chwilę oddech.

Zdecydowała. Nie myśląc nawet o konsekwencjach, stanęła na pierwszym stopniu kamiennych schodów, by następnie, niewiele myśląc, zbiec na niższe piętro zamku. Bo co, jeśli ktoś potrzebował pomocy? Czyż mogłaby w takiej sytuacji myśleć jeszcze o sobie?

Czuła, jak oddech powoli jej przyspiesza, a gardło ściska się z niepokoju. Temperatura wokół spadła, jak zawsze, gdy udawała się pod powierzchnię ziemi. Chłodne mury nie dawały jej jednak poczucia rześkości, a raczej wrażenie ucisku, powodowane przez wilgotne powietrze i wąską przestrzeń między ścianami i zdradliwymi, spiralnymi schodami, o które co i rusz niemal się potykała. Czując, że nie wytrzymałaby już dłuższego biegu w takim tempie, wpadła na niewielki korytarz oświetlony blaskiem lamp i pochodni z pomieszczenia znajdującego się dokładnie na jego końcu. Ostrożnie zajrzała do niego, szukając wzrokiem miejsca najprawdopodobniej niefortunnego wypadku. Przed oczami ukazały się jej rzędy starych, pachnących suchym drewnem i ziołami półek, zastawionych niezliczoną ilością słoiczków oraz fiolek wypełnionych tajemniczą, spektakularnie różnobarwną zawartością a także wielu innych, trudnych do rozpoznania, intrygująco wyglądających drobiazgów. Pod ścianami i blisko wspomnianych, prowizorycznych mebli, suszyły się kępki przeróżnych roślin, niejednokrotnie przykuwających uwagę swoim charakterystycznym, a czasem niekoniecznie przyjemnym odorem, gdy Shane mijała je choćby z daleka.

— Jest tu ktoś? — zapytała niepewnie. Odpowiedział jej cichy, niezrozumiały syk, przepełniony chrapliwą nutką boleści. Dopiero wtedy to zauważyła. Spojrzała na koniec domniemanej pracowni, spotkała wzrokiem masywny stół pełny naczyń i pojemników z najróżniejszymi substancjami. Z samego blatu skapywała rozlana plama czarnej jak smoła cieczy, zaś w samym kącie pomieszczenia, tuż obok topornej, drewnianej konstrukcji kuliła się drobna postać w szarym mundurze.

— Remiel...? — Rzuciła cichym, lekko drżącym głosem. — Co się stało? — Dziewczyna bez zawahania zbliżyła się, klękając obok.

— Nie podchodź — wychrypiał alchemik, po czym z trudem ukazał przed sobą wierzch ręki okaleczonej w wyjątkowo paskudny sposób.

Ciemny roztwór zostawił na niej widoczny ślad w postaci nieregularnego przeżarcia w bladej skórze i czerwonych pęcherzy. Głębokość obrażeń pozwalała jednak sądzić, że substancja uszkodziła znacznie więcej, niż tylko powierzchnię kończyny.

VenatrixOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz