Rozdział VII

61 11 22
                                        


Języki ognia, iskry i żar. Płomienie wykonujące wśród strawionych na wpół drewnianych belek swój energiczny, nasycony drwiną z życia taniec. Zwęglone resztki tego, co kiedyś można było nazwać wioską. I trupy. Pełno trupów o czarnej, osmalonej skórze, wypalonych oczach i z widocznym miejscami zarysem makabrycznie obnażonych z ciała kości.

Nagły chłód wyrwał dziewczynę z twardego snu. Zimny podmuch nocnego wiatru zdołał natychmiastowo ją ocucić. Shane otworzyła szeroko oczy. Policzki miała mokre od łez. Drżała na całym ciele i robiło jej się przynajmniej niedobrze. Przymulonym spojrzeniem rozejrzała się wokół siebie, lecz ku swemu przerażeniu napotkała jedynie puste ciemności. Wstała z ziemi, powoli przyzwyczajając wzrok do wszechobecnego mroku. Odruchowo sięgnęła w stronę sakiewki przypiętej do paska. Nie znalazła jej tam. Butów także na sobie nie miała, o czym dobitnie przypominał jej przeszywający chłód ciągnący od ziemi. Shane sprawdziła dokładnie kieszenie, w panice sprawdzając, czy na pewno nie schowała pieniędzy gdzieś indziej, lecz z każdą sekundą coraz bardziej traciła nadzieję na taką możliwość. Niestety nie był to jedyny problem, jaki miała wówczas na głowie. W istocie, gdyby o tym wiedziała, najprawdopodobniejsza kradzież nie obeszłaby ją ani trochę. Dziewczyna otuliła się ramionami, by choć trochę ograniczyć wdzierające się zimno. Mocno skulona, szła wzdłuż ulicy, niezbyt wiedząc, dokąd, bo nikła księżycowa poświata umożliwiała jej dojrzenie jedynie ogólny zarys otaczających ją budynków, a więc mogła jedynie wiedzieć, że nie trafi prosto na mur albo ścianę. Pogrążone we śnie miasto wydawało się o tej porze całkiem niegościnne, oraz, co najważniejsze, niebezpieczne, o czym w pewnym stopniu zdołała się już przekonać.

Głośne chrobotanie przerwało znienacka srogą ciszę. Shane zatrzymała się raptownie, przylegając bokiem do chłodnej, chropowatej ściany najbliższego budynku. Po chwili dał się słyszeć przeciągły, upiorny bulgot, charczenie i znowu drapanie. Odgłosy dochodziły z góry- zdawało się, że ich źródło znajduje się gdzieś w pobliżu, lub nawet Shane miała je dokładnie nad głową. Dziewczyna odruchowo zwróciła głowę w stronę dźwięku, ale nie zauważyła niczego niepokojącego. Przeszedł ją silny dreszcz, a zaraz potem poczuła na karku zimne krople potu. Nadal szukała wzrokiem źródła głosu, podczas gdy rozszalałe serce łomotało jej w piersi jak młotem. Wewnętrzny instynkt sugerował dziewczynie szybki odwrót, lecz bardziej racjonalna strona umysłu wstrzymała się przed tym, gdyż Shane nadal nie była pewna, z której konkretnie strony nadchodził dźwięk i dokąd w takim wypadku miałaby uciekać, by nie wpaść prosto na... to Coś. Nie minęło dużo czasu, gdy rozległy się ciche kroki. Tym razem z drugiej strony uliczki. Dziewczyna przystanęła, z bojaźnią nasłuchując dźwięków. Jeżeli umysł nie płatał jej figli, odgłosy te dochodziły z różnych stron niemal równocześnie. Nikłe były szanse na to, że coś, co wydawało owe dźwięki, przemieszczało się tak szybko. Była jednak inna możliwość, równie realistyczna, co do cna upiorna. Tego było więcej. Znowu chrobotanie. Tym razem nieco głośniej, a więc wyraźnie bliżej.
— Kssssiężżyc... Świeeecii... — rozległ się niewyraźny, syczący bełkot. Chrapliwy odgłos i dziwaczny bulgot powtórzyły się, towarzysząc po swojemu dźwiękowi ledwo tylko będącemu podobnym do mowy. — Mmmartwieeec... leecii...!


Głos po raz kolejny dał o sobie znać, tym razem jednak wydawał się głośniejszy i bardziej podniesiony. Bliższy. Chwilę po tym dał się słyszeć przytłumiony trzask, podobny dźwiękiem do strzelających lub łamiących się kości.
Shane otworzyła szeroko oczy, z przerażenia nie mogąc się ruszyć. Wstrzymała oddech, cofając się o pół kroku na widok źródła upiornych odgłosów, które właśnie wylądowało bardzo, bardzo blisko niej. Pokraczne stworzenie o twarzy upstrzonej mniej lub bardziej świeżymi plamami krwi wyłaniało się powoli z zaułka, wnikliwie świdrując ją swymi świecącymi, szkarłatnymi ślepiami.

VenatrixOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz