Ogromne miasto otoczone murem były niezwykle łatwe do zauważenia z daleka nawet mimo przysłaniających je wzgórz. Widoczne z góry drewniane dachy budynków zdawały się wchodzić na siebie nawzajem, wspinać i wychylać, by chociaż na chwilę zażyć przestrzeni spoza strzegących je wież obronnych i ruchliwych uliczek. Rzecz jasna, Shane wcale nie wiedziała jak owe wyglądają. Tak tylko wyobrażała sobie wnętrze imponująco wyglądającego miasta Ralidor. Z ociekających dramatyzmem opowieści wędrownych kupców wnioskowała, że są zatłoczone i piękne, pełne przepychu, cudownych świątyń i wielkich rezydencji, a targi, jeśli na nie trafić, oferują niezliczone ilości egzotycznych towarów z całego świata. Dopełnienie tego również musiała znaleźć sobie sama, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Dziewczyna uniosła się w strzemionach, żeby z wyższego punktu zobaczyć coś więcej. Nigdy jeszcze nie widziała tak wielkiego miasta. Nigdy w zasadzie nie widziała miasta.
Około południa zatrzymali się na szczycie dość potężnego pagórka. Można byłoby w zasadzie nazwać kurhanem, gdyby nie szeroki trakt przecinający go po ukosie. Skąpane w słońcu miasto zdawało się odbijać od siebie nieco zbyt jaskrawe promienie światła. Znajdowało się na tyle blisko, by móc zobaczyć ruch panujący między budynkami i na rozległym, zastawionym straganami rynku. Słońce, trochę zbyt intensywnie, jak na końcówkę wiosny, również dawało o sobie znać, grzejąc niemiłosiernie w plecy i nadając miastu ogólnego wrażenia spiekoty.
- Nie mogę dla ciebie nic więcej zrobić - powiedział smoczy zabójca, sycząc przez zęby. - Ale wierzę, że odnajdziesz się po tym wszystkim. To teraz tylko twoja rola. Ralidor jest całkiem bezpieczny, poza tym to przyzwoite miasto. Powinnaś dać sobie w nim radę. - To mówiąc, pogrzebał chwilę w obszernej sakwie i wyciągnął z niej kilka srebrnych monet. Podał je Shane, jakby od niechcenia. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy na widok stosunkowo dużej sumy.
- Ja... nie mogę tego przy-
Harvan prychnął i niecierpliwe wcisnął jej pieniądze do ręki. Ostatni raz omiótł wzrokiem miasto, po czym naciągnął na głowę obszerny kaptur munduru o barwie niemalże czarnej. Zsunął z prawej dłoni skórzaną, jeździecką rękawicę. Na wierzchu dłoni widniała czarna pieczęć w kształcie skrzydlatego smoka i towarzyszącego mu miecza. Shane nerwowo oblizała wargi i udała, że wcale nie przejęła się tym widokiem. Mężczyzna uniósł głowę i nieznacznie poruszył barkami, zza których ciężka głowica groźnie błysnęła w południowym słońcu. Po chwili bezruchu uderzył konia piętami i już gnali wzdłuż zbocza w stronę bram miasta.
- Glejt pokażcie, panie zbrojny - burknął ze znudzeniem miejski strażnik w lśniącej stalą kolczudze i barwach Argardu - czerni oraz srebrze, zasłaniając wjazd potężną halabardą. - I z konia zsiądźcie, jeśli łaska. - Kiwnął głową na wierzchowca.
- Nie łaska - Harvan nie ruszył się ani o milimetr. - Jaki, do cholery, glejt? Z jakiej prawdy?
- Ano, jak słychać - Halabardnik wzruszył ramionami. Spod zgrabnie wyprofilowanego hełmu błysnęły zmęczone oczy, gapiące się gdzieś w nieznanym kierunku. - Taki rozkaz. Nie wolno nam wpuszczać uzbrojonych.
- Nasz drogi król chyba do reszty zwariował - prychnął smoczy łowca, wcale nie martwiąc się, czy ta uwaga nie przyniesie mu kłopotów. Zmierzył strażnika głębokim spojrzeniem czarnych oczu. Poruszył lekko prawą dłonią, by zwrócić na nią jego uwagę i znacząco odchrząknął.
- Widzicie, nie mogę was wpu... - żołnierz zerknął krótko na pieczęć i pobladł, otwierając szeroko oczy. - Wchodźcie, jeno szybko - mruknął i usunął halabardę sprzed końskich nóg. Shane nie mogła powstrzymać westchnienia ulgi. Rumak czarny jak noc przebył bramę, dostojnie unosząc łeb. Harvan maksymalnie wyprostował się, wyraźnie spięty. Nie zdejmował kaptura, uważnie spod niego obserwując przechodniów, ulice i budynki. W większym oddaleniu od bramy można było zauważyć znacznie liczniejsze grupy ludzi. Zdumiewająca była między nimi różnorodność; jedni ubrani w stroje wyszukane, bogato ozdobione klejnotami i biżuterią, a czasem wyszywane złotem płaszcze, inni w zwykłe, robocze i lekko ubrudzone lub typowo podróżne. Rzadziej dało się spotkać wychudzonych osobników w nędznym i obdartym odzieniu. Nikt jednak w żaden sposób nie przypominał smoczego zabójcy, nikt też nie nosił broni w równie rzucającym się w oczy miejscu, jak on - na plecach. Ludzie bali się, najwidoczniej, patrolujących bramy strażników. Również w odróżnieniu od łowcy.
CZYTASZ
Venatrix
FantasyKontynent nie jest już dla nikogo bezpiecznym miejscem. Wyniszczony wojnami, plagami głodu i epidemii, władany przez podupadające mocarstwo coraz bardziej chyli się ku zagładzie. Ponadto od pewnego jest czasu systematycznie atakowany przez hordy smo...
