8. - SOLANGELO (Nico di Angelo x Will Solace)

303 9 3
                                        

To nie miało wyjść takie długie, może kiedyś zrobię z tego osobne opowiadanie i rozbuduję tę historię...

Nikt nigdy nie zrozumie jak bardzo do dupy jest ten świat, zanim nie stanie się mną.

Taki wniosek był jedynym, co wyniosłem z wszystkich dotychczas przebytych wizyt u mojego psychologa, który mimo szczerych starań nie potrafił wybić mi go z głowy. Może siadając na czerwonej skórzanej kanapie w jego gabinecie byłem tak przekonany do boleści własnego życia, że nawet podręcznikowe formułki, których używał nie pomogły. Bo tak, używał formułek idealnie skopiowanych z podręczników do psychologii. Skąd to wiem? Bo je przeczytałem.

To nie tak, że całe moje życie było do bani, tylko ta część, która wiązała się z oddychaniem, jedzeniem, myśleniem i czuciem. Poza tym miałem fantastyczne życie.

Mieszkałem z ojcem Hadesem, którego nazywałem tylko i wyłącznie po imieniu, bo nie okazywał zbytnio zachowań ojcowskich za życia matki. Wolałem żyć z nią we Włoszech - mieszkać w naszej willi, chować się przed słońcem i doradzać mamie, która sesja zdjęciowa będzie bardziej opłacalna. Niestety jeden maleńki pożar zrujnował wszystko to co miałem i wykopał mnie do Nowego Jorku, gdzie znajdował się olbrzymi trzypiętrowy apartament Hadesa wraz z całą jego firmą. Jeszcze na pogrzebie łudziłem się, że od takiego losu uchroni mnie Bianca - starsza siostra, jednak nie miałem z nią kontaktu odkąd na cmentarzu uroniła kilka, bogowie wiedzą czy szczerych, łez. Wolała podróżować po całym świecie ze znajomymi niż przejmować się nieletnim młodszym braciszkiem.

Takim nieprzyjemnym sposobem trafiłem do nowojorskiego parku na ławkę, na której obecnie siedziałem tak jak prawie codziennie wieczorem, gdy Hades przyprowadzał do mieszkania różnych ludzi, z którymi musiałem rozmawiać. Mama zawsze akceptowała moje problemy z kontaktami z ludźmi (psycholog nigdy nie nazwał tego konkretnym zaburzeniem) i pozwalała mi zamknąć się w swoim pokoju, gdy przyjmowała gości. Hades nie uznawał pojęcia prywatności, a mój własny pokój w jego apartamencie nie miał nawet zamka. Ukrywanie się w nim na czas dłuższy niż pięć minut było niemożliwe.

Starając się nie myśleć o Hadesie, wdychałem rześkie zanieczyszczone powietrze miasta, machając nogami nad ziemią w rytm muzyki płynącej z moich słuchawek. "The End." My Chemical Romance przyjemnie rozlewało się po moim ciele, umacniając poczucie nostalgii wywołane przez czarne niebo, lekką mgłę i przytłumione światła latarni. Co jakiś czas przechodził jakiś człowiek, który zapewne zmierzał do domu - na ciepły posiłek, do wygodnego łóżka, w objęcia kochanej osoby. Tylko ja siedziałem w parku po nocy, bojąc się wrócić do własnego miejsca zamieszkania. Z satysfakcją zauważyłem, że nie zaczepił mnie dziś żaden bezdomny ani pijany przechodzień. I w takim samym stopniu jak mnie to zadowalało, wzbudzało to we mnie tak znajome poczucie samotności. Gdzieś w momencie "When I grow up I want to be nothing at all", z którym zawsze utożsamiałem się najmocniej jak mogłem z jakimikolwiek słowami piosenki, kątem oka ujrzałem jakiś ruch w krzakach przede mną. Z natury nie byłem strachliwą osobą, dlatego ułożywszy łokcie na kolanach, wpatrywałem się w owy krzak ze zmrużonymi oczami. Czekałem na cokolwiek co miało się z niego wynurzyć - spodziewałem się zbudzonego ze snu bezdomnego, pijaka załatwiającego pod drzewem swoje potrzeby lub nawet mordercy czyhającego na samotnych dzieciaków takich jak ja. Jedyne czego nie oczekiwałem była mała wiewiórka, która wyskoczyła z między liści, przebiegła koło moich stóp i zniknęła w koronie najbliższego drzewa. Co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej był pies wybiegający z krzaków tuż za skoczną wiewiórką i biegnący prosto w moją stronę. Wskoczył w pogoń za nią pod ławkę, na której siedziałem, gdzie wsadziwszy głowę, nie był w stanie przepchnąć się dalej. Ogon dużego labradora w kolorze biszkoptowym merdał bezradnie koło mojej nogi, a kiedy zdjąłem słuchawki usłyszałem rozpaczliwe skomlenie. Pies wiercił się niemiłosiernie, co wyglądało jakby faktycznie utknął pod drewnianymi deskami ławki. Piszczał i warczał, jednak wciąż tkwił pod siedzeniem, obijając ogonem o moją nogę. Nie mogłem go tak zostawić, dlatego zeskoczyłem z ławki i kucnąłem przed nią.

One shotyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz