Po ciężkiej pracy każdy człowiek, kocha chwile, gdy może położyć się w swoim ciepłym łóżku, razem z ukochaną osobą i spędzić kilka następnych godzin, na śnie w ramionach swojej miłości. Ciepło dwóch ciał wtulonych w siebie i poczucie bezpieczeństwa jest czymś, czego ludzie potrzebują, by oderwać się od realnych problemów. Nie zawsze jednak spokój jest wszystkim dany.
Gregory cicho mruknął, przyciągając do siebie jeszcze mocniej swojego chłopaka. Oboje byli pogrążeni we śnie i nic nie wskazywało na to, by ich wypoczynek, miał zostać przerwany. Na ich spokojnych twarzach pojawił się mały grymas niezadowolenia, gdy do ich uszu dobiegło głośne pukanie, a nawet i walenie w drzwi. Żaden z nich nie spieszył się, by wydostać się spod ciepłej kołdry, by zobaczyć, kto to się tak do ich mieszkania dobija.
— Grzesiu, idź, otwórz — burknął, zaspanym głosem Erwin, który odwrócił się twarzą do swojego faceta.
— Ty tego nie możesz zrobić? — jęknął Gregory, na myśl o wyjściu z łóżka. Otworzył lekko swoje oczy i spojrzał na siwowłosego, który najwidoczniej nie miał w planach podejścia do drzwi. — Eh — westchnął, po czym powolnymi ruchami, odkrył się. Chłód zderzył się z nagą skórą szatyna, na co ten w trochę szybszym tempie sięgnął po leżące na fotelu dresy. Nie chciał otwierać drzwi w samych bokserkach.
Przeciągając się, wyszedł z sypialni i podszedł do drzwi. Zaglądnął przez wizjer, jednak nikogo na pierwszy rzut oka nie zauważył. Zmarszczył brwi, a następnie zaczął otwierać zamki od drzwi. Przez swoją pracę, a także pracę Erwina, chłopaki musieli dorobić lepsze zabezpieczenia do swojego wspólnego mieszkania. Zdarzały się już sytuacje, gdzie któryś z nich wrócił do domu, a drzwi były szeroko otwarte, bo ktoś się włamał.
Drzwi zostały otwarte. Gregory rozglądnął się, jednak nikogo nie widział. Jakie było jego zdziwienie, gdy z dołu dobiegł go słodki, dziecięcy chichot. Spojrzał w tamtą stronę i co ujrzał? Leżące na wycieraczce, czarne nosidełko, a w nim małe dziecko, które uważnie przyglądało się szatynowi, swoimi brązowymi oczętami. Montanha przetarł dwa razy swoje oczy, by upewnić się, czy nie ma jakichś zwidów.
— Co jest? — zdziwił się i ukucnął obok nosidełka. Spojrzał na dziecko, które majtało swoimi rączkami, chcąc pokazać, że chce zostać podniesione. — Cześć kruszynko, co ty tutaj robisz? — zagadnął do dziecka, wiedząc, że jest ono za małe, by mu odpowiedzieć. — A co ty tutaj masz? — zapytał na głos, zauważając małą karteczkę przyczepioną do prawej rączki brzdąca.
Chwycił delikatnie za tą część ciała, po czym ściągnął z niej frotkę do włosów, o którą była zaczepiona karteczka. Rzucił ostatnie spojrzenie dziecku, po czym rozwinął kartkę, uważnie czytając, co na niej się znajduje.
— Lia Moon-Montanha — przeczytał. — Co jest grane? — zapytał i rozejrzał się po raz ostatni po całym korytarzu, by upewnić się, że aby na pewno zaraz zza rogu nie wyskoczy mu Hank lub Capela z tekstem "It's prank bro". Nic takiego nie miało miejsca.
Nie chcąc dłużej stać w drzwiach, chwycił za nosidełko i delikatnie podniósł, by wnieść je do mieszkania. Nie wiedział, że zza poręczy przygląda się mu matka dziecka, która wreszcie odetchnęła z ulgą, widząc, że wreszcie pozbyła się bachora i w końcu mogła wrócić do swojego normalnego życia przestępczego.
Gregory zamknął za sobą drzwi i skierował się do kuchni. Położył nosidełko z dziewczynką na stole, po czym zaczął się jej przyglądać. Nie wiedział, co ma z nią teraz zrobić. Ktoś zostawił mu ją pod drzwiami jak jakiegoś nic niewartego śmiecia.
— Kto to był Grzesiu? — zapytał, wychodzący z sypialni Erwin. Jakie było jego zdziwienie, gdy ujrzał swojego chłopaka stojącego koło małego dziecko. — Co to kurwa jest?! — mruknął zdezorientowany.
CZYTASZ
Morwinowe Oneshoty
FanfictionJak nazwa wskazuje "Morwinowe Oneshoty", czyli zbiór napisanych przeze mnie one shotów związanych głównie z Morwinem. Więcej informacji w pierwszym rozdziale książki! Miłego czytania! Okładka zrobiona przez @hlep___ ! Jeszcze raz dziękuję bardzo &l...
