39. Powrót po siebie

296 17 1
                                        

Pociąg zatrzymał się z charakterystycznym jękiem hamulców. Przez szybę zobaczyłam tabliczkę z nazwą miasta - wciąż ta sama, lekko wyblakła. Jakby ono samo zapomniało, że może się zmieniać. Beth przeciągnęła się i spojrzała na mnie z uśmiechem.

- Gotowa? - zapytała.

- Nie wiem - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale jestem tutaj, choć sama nie do końca wiem po co.

-  Nie pękaj. - szturchnęła mnie, po czym wzięła się za zbieranie swoich rzeczy.

Zaczęłam zastanawiać się nad tym czy dobrze robiłam. Zamiast próbować się uleczyć, wracałam do miejsca w którym do mojej obecnej rany dołączą otwarte stare blizny.  Nie wiem czy byłam na to gotowa, ale chyba właśnie tego chciałam. Chciałam wyrwać się już z tego obrzydliwego miasta w którym mieszkałam i choć kiedyś było dla mnie przystanią bezpieczeństwa, to finalnie zaczęło być dla mnie piekłem.

Nie czekając zbyt długo wysiadłyśmy z pociągu jako pierwsze. Beth była pod wrażeniem małego malowniczego miasteczka umiejscowionego tuż nad przepięknym jeziorem. Problem w tym, że choć na zewnątrz wydawało się piękne, to w środku jego brzydota potrafiła przerażać.
Wzdrygnęłam się na myśl o rudej jędzy i jej bestie z którą wspólnie potargały zdjęcie z moją siostrą. Nadal bardzo mnie to bolało i przez wszystkie lata nie potrafiłam im tego wybaczyć. Z drugiej strony miałam nadzieję, że karma sama je dopadła i skończyły teraz gdzieś z jakimś patusem i piątką dzieci na karku - z czego każde z innym.

Jako pierwszy przystanek naszej podróży był dom moich dziadków. Uznałam, że najlogiczniejszym wyjściem będzie przespanie się u nich, zamiast wydawania pieniędzy na hotele. Nie byłam pewna jak będę się tam czuć - w końcu nie było mnie tam od świąt, ale babcia i dziadek nie mieli do mnie pretensji. Gdy do nich zadzwoniłam byli bardzo ucieszeni z okazji mojej wizyty - babcia nawet specjalnie przygotowała dla nas ciasto.

Dom dziadków pachniał tak, jak go zapamiętałam - lekko duszno, trochę kurzem, trochę suszonymi jabłkami. Dziadek siedział z gazetą, jakby nic się nie zmieniło, a babcia widząc nas u swojego progu natychmiast nas przytuliła.

- Na pewno jesteście bardzo głodne! Już wam idę coś przygotować. - powiedziała, jakbyśmy przyjechały do niej z jakiegoś zakładu karnego z ciężkimi robotami i nie jadły niczego od tygodnia.

- Babciu, nie trzeba. Jadłyśmy całkiem niedawno w pociągu. - spojrzałam z żałością na Beth wiedząc, że obie naprawdę jadłyśmy sowity obiad z tłustym kotletem.

- A nic mnie to nie obchodzi. Jesteście chude jak szkapa. - odparła po czym sprężystym krokiem udała się do kuchni przygotować nam jakieś jedzenie.

Po chwili dołączył do nas dziadek, który również nas wyściskał i zabrał nam nasze bagaże na górę. Beth postanowiła skorzystać z łazienki, a ja ukradkiem zerknęłam na telefon. Na ekranie nadal świecił się wyraźny napis o braku jakichkolwiek powiadomień. Minął miesiąc, a Tina nadal nie chciała się ze mną skontaktować. Zaczęłam się zastanawiać czy jakkolwiek moje zniknięcie z jej życia wywarło na niej wrażenie. Wydawało się, że ją to kompletnie nie obchodzi. Ani nie próbowała pisać, ani dzwonić, nie wchodziła nawet na messengera żeby sprawdzić czy jestem i żyję - jakby zapadła się pod ziemię. Jedynie co dawało mi jakiekolwiek oznaki życia z jej strony to dodawane przez nią zdjęcia i relacje. Nie wiem czemu, ale nadal grała ze mną w jakąś głupią grę domysłów. Na przykład jednego dnia dodawała relację jak to sobie podróżują z mężem w weekend po Rzymie, a następnie dodawała zupełnie przypadkowe zdjęcie, jak stoi w lesie z podpisem: „każdy ogień potrzebuje powietrza". Mogłabym to interpretować na tysiąc różnych sposobów, ale tylko jeden jest dla mnie logiczny - ona jest wodnikiem czyli powietrzem, a ja lwem - ogniem.

FarewellOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz