Nie miałam pojęcia ile wypiłam, ale jedno wiedziałam - było mi przyjemnie. Nawet bardzo przyjemnie. Zrozumiałam wreszcie dlaczego ludzie, którzy chcą o czymś zapomnieć, się upijają. To po prostu jest... fajne. Nie martwisz się wtedy o nic, bo nawet gdybyś chciała to wszystkie twoje myśli zlewają się w jedno. To właśnie działo się w mojej głowie i trzeba przyznać, że podobało mi się.
Postanowiłam więc, że muszę częściej chodzić na takie imprezy.
- Poool, zabierzesz mine tu jeszcze jutroo? - wymruczałam w rękaw koszulki hiszpana, którego ramię kurczowo ściskałam.
- Hm? - pochylił się w moją stronę.
- Ja chcem tu wróciić! Jutro! Jeszcze! - wydarłam się, żeby tym razem mnie usłyszał. Dla poparcia swoich słów sięgnęłam po szklankę z drinkiem i uniosłam ją do ust. Nim jednak zdążyłam wypić chociaż kropelkę, alkohol został mi brutalnie odebrany, a przed oczami niewyraźnie zamigotała mi twarz Gabi.
- Kat, nie możesz już więcej pić. - stwierdziła kategorycznie przyjaciółka, odstawiając szklankę na stolik.
- Ale to przyjemnee. - jęknęłam, patrząc ze zgrozą, jak źródło mojego szczęścia się oddala.
- Teraz może i tak, ale zobaczmy co będziesz mówić jutro rano... - mruknęła złowieszczo.
- Jesteśmy przyjaciółkami, powinnaś cieszyć się z mojego szczęścia, a nie mi je odbierać. - rzuciłam płaczliwie, wyciągając obie ręcę w stronę drinka, którego Mel przezornie odsunęła poza mój zasięg.
Gabi przewróciła oczami.
- Jeszcze mi podziękujesz. - prychnęła, po czym klasnęła w dłonie - A teraz zbieraj się, za chwilę wracasz do hotelu.
Parsknęłam.
- Dlaaaszego wszyscy zawsze lubią mi mówić co mam robić? To chyba źle o mnie świadczy... Szy ja wyglądam na osobę, która nie umiee... decydować sama za... siebie? - spojrzałam na nią poważnie, usilnie próbując utrzymać wzrok na jej twarzy... Hm, trochę mi nie wychodziło.
- W tym stanie jak najbardziej. - stwierdziła - Boże, Kat... Przecież wiesz że robię to dla twojego dobra.
- O nie, nie. Ty kcesz... mie stąd wyszuciiić. - przypomniałam jej płaczliwym głosem.
Nic nie odpowiedziała, tylko wzniosła oczy ku niebu.
Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to strasznie zabawne, więc zaczęłam się śmiać. No i tak śmiałam się i śmiałam coraz głośniej, aż wszystkie rozmowy ucichły i wszyscy wlepili spojrzenia prosto we mnie. No a to... rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej, więc po chwili dosłownie zwijałam się ze śmiechu. Jeszcze chwila i wylądowałabym na podłodze. No dobra. Wylądowałam.
Nadal chichocząc, z małą pomocą ze strony Pola, zbierałam swój obolały tyłek z parkietu... No właśnie : parkiet. Przecież jest od tego, żeby tańczyć no nie?
- Pool, pójdziesz ze mno tańczyyyć? - rzuciłam w stronę hiszpana, chwilowo opierając głowę na jego ramieniu.
- Eee...
- To było pytanie rata... reta... retaty... no ten... retoryczne Pol. - pomachałam mu palcem tuż przed nosem. - Idziema! - zakomenderowałam dziarsko, po czym chcąc dać dobry przykład zerwałam się z miejsca. Niestety zrobiłam to zbyt gwałtownie. Wszystko dookoła zaczęło wirować, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami. Zdążyłam jedynie zamknąć oczy.
Ja nie chce umierać. - to była moja ostatnia myśl zanim... wylądowałam w czyiś ramionach. Silnych, dobrze umięśnionych ramionach. Co by nie powiedzieć to one uchroniły mój tyłek przed ponownym bólem. No więc... pogłaskałam je. - Grzeczne ramionka. - mruknęłam z czułością.
- Ona coś ćpała, czy po prostu taka jest tylko to przede mną ukrywała? - gdzieś z tyłu głowy zamajaczył mi znajomy głos.
Oo ramionka do mnie mówiły? To miłe.
Moje rozmyślania przerwało coś, a raczej ktoś, kto z niezbyt dużą dawką czułości postawił mnie na nogi. A było tak wygodnie...
Nieco zdezorientowana odwróciłam się w stronę swojego wybawiciela i... opadła mi szczęka. Co ON tu robił?
- Dla..szego? - jęknęłam.
No właśnie, dlaczego?? Dlaczego ten cholerny Marquez musiał być tak przystojny? Tak... Idealny?
I w dodatku miał na sobie czerwoną koszulę. A ja miałam słabość do czerwonych koszul. Wyglądał w niej po prostu... obłędnie. Takim jak on nie powinno się pozwalać nosić takich rzeczy.
- Co? Nie cieszysz się, że mnie widzisz? - Marc chyba źle odczytał moje spojrzenie. Bo nie było w nim ani grama niechęci, a raczej coś w stylu: "zaraz się na ciebie rzucę". I serio, z trudem się przed tym powstrzymywałam. KTO MU POZWOLIŁ ZAŁOŻYĆ TĘ KOSZULĘ?? Musiałam coś z tym zrobić...
- Zdejm to. - rzuciłam, dźgając go palcem w pierś. Zdezorientowany uniósł brwi.
- Koszula. Nie lubiem czerwonych koszul. - mruknęłam ponuro.
Bo wyglądasz w nich zbyt przystojnie.
Tego jednak już nie dodałam.
Tymczasem Marc wpatrywał się we mnie, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył u kogoś napad choroby psychicznej i uznał go za fascynujący.
- Szy mówiem nie fyraśnie? - zdenerwowałam się.
Marquez z trudem pohamował śmiech.
- Nie, wcale. - prychnął
- To rób co mówiem. - żachnęłam się.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Jesteś kompletnie pijana.
Wow, cóż za spostrzegawczość.
- Ty też. - odburknęłam.
- Przecież przed chwilą przyszedłem i nawet nie zdążyłem się napić. W porównaniu do co poniektórych - posłał mi znaczące spojrzenie - jestem kompletnie trzeźwy.
- Naprawdę? - spytałam mało inteligentnie.
Westchnął ciężko.
- Jestem w trakcie sezonu, Kotek. Nie mogę się upijać.
- Eee.. Sezonu? - pogubiłam się, próbując ignorować fakt, że podłoga zaczynała niebezpiecznie wirować.
- Tak, motocyklowego. - wyjaśnił spokojnie.
- Motocykl... - mruknęłam - Jaki motocykl? Nie mogę jechać na motocyklu. Jestem zbyt pijana. - przeraziłam się.
Gdzieś w tle usłyszałam jakieś śmiechy...
- Nie ty... Ja. Pamiętasz? Jest takie coś jak MotoGP i ja tam jeżdżę. Na motocyklu. Łapiesz?
Zachichotałam.
- Och, no oczywiście... Marc Marquez, wielka gwiazda. - machnęłam lekceważąco ręką, po czym odwróciłam się w stronę przyjaciół siedzących przy stoliku, którzy, z tego co zauważyłam, uważnie przysłuchiwali się naszej rozmowie - On jest sławnym motocyklistą, wiedzieliście o tym? - rzuciłam konspiracyjnym szeptem.
Gabi wykonała coś w rodzaju face palma, a Mave posłał Marquezowi współczujące spojrzenie. Ciekawe czemu... Pewnie był zazdrosny.
- Jesteś pewien, że sobie z nią poradzisz? - spytał Luis Marca, a ten przyjrzał mi się uważnie, po czym wzruszył ramionami.
- Nie takie rzeczy się w życiu robiło. - stwierdził nonszalancko. - Ale pamiętaj, że masz o nią dbać. - zaznaczyła Mel.
- Czeej, stop. Pauza. Pogubiłam się. O kogo ma Marc dbać? Z kim sobie poradzi? Czy ja o czymś nie wiem? - posłałam wszystkim wyczekujące spojrzenie.
- Spokojnie Kotek, po prostu wracamy do domku. - wyszczerzył się Marquez.
- Hmm... Domek? Łóżeczko? - na samą myśl poczułam ogromne zmęczenie - Idziemy do domkuuu... - zanuciłam pod nosem.
Marc spojrzał na mnie jak na debila.
- Tak, tak. Pożegnamy się z wszystkimi i możemy ruszać. - rzucił, udając się w stronę przyjaciół.
Nie pozostało mi nic innego jak pójść w jego ślady. Westchnęłam ciężko i... nie mogłam ruszyć się z miejsca...
- Yyy, Marc?
- Hm? - rzucił nieuważnie.
- Chyba zgubiłam nogi. - wymamrotałam.
- Co? - spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Nie mogę ich znaleźć. - mruknęłam ponuro, na co Marquez roześmiał się głośno.
- To nie jest śmieszne... - skarciłam go - Coś mi się stało z nogami! Heloł! Nie czuję nóg! - wydarłam się, czując narastającą panikę. Dlaczego wszyscy się śmiali? Przecież sytuacja była poważna.
- Marc? Pooomóż. - jęknęłam.
Hiszpan w dwóch krokach znalazł się tuż przede mną.
- W życiu bym się nie spodziewał, że kiedyś będziesz mnie o coś prosiła. - wyszczerzył się.
- Jesteś dupkiem, Marquez. - mruknęłam.
- Buu.. Tak ładnie mnie prosisz? - parsknął, po czym bez ostrzeżenia wziął mnie na ręcę.
Wrzasnęłam zaskoczona, odruchowo się wyrywając.
- Heej, łapy precz zboczeńcu! - pisnęłam, kiedy kolejny już dzisiaj raz otoczenie zaczęło niebezpiecznie wirować.
- Kotek, spokój. Przecież chciałaś żebym ci pomógł. - uśmiechnął się złośliwie.
- Ale nie w ten sposób. - jęknęłam. Chociaż... Gdy już ułożyłam się wygodnie w jego ramionach, to było mi całkiem przyjemnie.
- Cicho tam. Idziemy. - zakomenderował Marc, po czym ruszył ze mną na rękach w stronę wyjścia...
CZYTASZ
Be different because it's beautiful
FanfictionMłoda dziennikarka trafia do świata MotoGP, gdzie życie uprzykrza jej pewien bardzo irytujący, ale zabójczo przystojny facet...
