*perspektywa Mel*
- Nigdy. Więcej. - wyjęczał Luis, masując sobie bolący kark, gdy już jechaliśmy na tor. - Wszystko mnie boliii...
- Nie tylko ciebie. - mruknęłam.
I to niestety prawda. Cała byłam obolała. No ale czego można było się spodziewać po całej nocy spędzonej na podłodze.
- Ale wiesz, ty nie musisz teraz wsiadać na motocykl.
- Ty też nie. - wyszczerzyłam się, na co Luis posłał mi mordercze spojrzenie.
- Kontrakt zobowiązuje. A ja jestem człowiekiem bardzo obowiązkowym. - odparł poważnie, choć widziałam w jego oczach iskierki wesołości, tak jak zresztą zawsze. On nigdy nie umiał być tak do końca poważny.
- Tia...
- Czy ty coś sugerujesz? - zmrużył oczy.
- Kto, ja? Niee. - uśmiechnęłam się niewinnie.
- Dobra, nieważne. Wracając do tematu: już nigdy nie śpię na podłodze! - powiedział Luis, przeciągając się i ziewając rozdzierająco.
Wjechaliśmy na parking nieopodal toru.
- Panie Salom, proszę wysiadać i przestać zrzędzić. Robota czeka! - zasalutowałam z wielkim uśmiechem, za co zarobiłam kolejne mordercze spojrzenie ze strony przyjaciela.
- Zemszczę się... - wymruczał, co skwitowałam głośnym parsknięciem, po czym oboje wysiedliśmy z samochodu.
Nagle usłyszałam głośny pisk, po czym ujrzałam blondynkę, na niebotycznie wysokich szpilkach, pędzącą w naszą stronę.
Błagam, tylko nie ona! Jęknęłam w duchu. A miałam powód, oj miałam...
Camila - była dziewczyna Mave, modelka pracująca dla Yamahy. Chodząca piękność, z tymi swoimi, długimi, blond włosami, wielkimi, zielonymi oczami i pełnymi, czerwonymi ustami.
Miałam okazję ją poznać, gdy była z moim kuzynem i już od początku wiedziałam, że przyjaciółkami nie zostaniemy. Nie miałabym do niej nic, gdyby nie to, że cały czas próbowała udowodnić, że jest ode mnie lepsza... Gdy tylko Mavericka nie było w pobliżu, dogryzała mi, ale ja całkowicie ją ignorowałam, choć czasem nie było łatwo.
Szczerze mówiąc, nie miałam kompletnego pojęcia co Mave w niej widział... Była piękna - fakt, ale jej charakter pozostawiał wiele do życzenia, chociaż przy nim, jak i przy każdym przystojnym facecie, zachowywała się jak aniołek.
W końcu jednak kuzyn przejrzał na oczy i z nią zerwał. Do dziś nie wiem dlaczego, ale to akurat jest najmniej ważne.
Miałam nadzieję, że już nie będę musiała się z nią męczyć, ale ta od pewnego czasu przyczepiła się do Luisa... A jemu, co tu dużo mówić, chyba się to podobało.
Po chwili do nas dotarła i całkowicie mnie ignorując, rzuciła się na mojego przyjaciela.
- Luis, kochanie! Dawno cię nie widziałam! - to mówiąc, uwiesiła się na nim, posyłając mi złośliwy uśmieszek, a ja nagle nabrałam ochoty, żeby trochę zniekształcić tą jej piękną buźkę...
Niestety Luis nie podzielał moich zapędów i odwzajemnił uścisk. Na ten widok mimowolnie zacisnęłam dłonie w pięści.
Po chwili Camila chwyciła go pod ramie i zaczęła prowadzić w stronę boksu, wesoło szczebiocząc.
Luis nawet się nie obejrzał... A ja stałam w miejscu jak kretynka z zaciśniętymi pięściami i starałam się ignorować dziwne kłucie narastające mi w piersi.
Ej. Czym ja się przejmowałam? W końcu byliśmy tylko przyjaciółmi i Luis miał pełne prawo spotykać się z inną dziewczyną... Co nie zmieniało faktu, że trochę mnie zabolało to, że zostałam przez niego zignorowana.
Dobra. Musiałam wziąć się w garść.
Z tym postanowieniem ruszyłam w stronę boksu Mavericka, gdzie miałam oglądać trening Moto3, a następnie MotoGP. Jednak moje myśli nadal zaprzątał pewien brunet, przez co nie patrzyłam gdzie idę i zamiast do Suzuki trafiłam do... Hondy.
Ta. Bo niebieski i pomarańczowy to bardzo podobne kolory. Źle ze mną...
Obrzuciłam spojrzeniem całe pomieszczenie i ze zdziwieniem zarejestrowałam, że były tam zaledwie dwie osoby, które w dodatku nawet nie zauważyły mojego wtargnięcia. Zaczęłam się wycofywać...
- Mel? Co ty tu robisz? - nagle usłyszałam głos i odwróciłam się w stronę, z której dobiegał. Stał tam nie kto inny jak Alex Marquez. Na jego widok przypomniałam sobie dzisiejszy poranek i nie mogłam powstrzymać chichtotu.
Zdezorientowany hiszpan rozejrzajrzał się na boki. Pewnie zastanawiał się z czego się śmiałam.
- Oo, cześć Alex. - wyszczerzyłam się - Weszłam do nie tego boksu co trzeba.
Młodszy z braci uniósł brwi.
- A no tak, bo rzeczywiści ciężko je rozróżnić, szczególnie, że wcale nie są podpisane... - parsknął.
- Cicho. Każdemu może się zdarzyć. A ty nie jeździsz czasem w innym zespole?
- Owszem. Ale przyszedłem pokibicować bratu, w końcu jego trening jest wcześniej. - wzruszył ramionami.
Nagle do pomieszczenia wparowała Kat zażarcie kłócąc się ze starszym bratem Alexa, który szedł za nią.
- Jak to nie wziąłeś mojego aparatu?! Przecież miałeś tylko przejrzeć zdjęcia i mi go oddać! - darła się.
- Której części z 'zapomniałem go wziąć' nie rozumiesz? - rzucił zirytowany Marc, ale polka nie zwróciła na to uwagi.
- Ciekawe czym będę robić teraz zdjęcia... - mamrotała pod nosem, rozglądając się po boksie, ale nagle przestała, bo jej wzrok zatrzymał sie na mnie i moim towarzyszu. Gdy była zła, jej spojrzenie stawało naprawdę przerażające. Jednak po chwili jej mina złagodniała.
- Oo, cześć. Nie zauważyłam was. - uśmiechnęła się - Ale nie dziwcie się. Ten idiota, dzisiaj rano, po waszym wyjściu, wziął mój aparat, bo chciał przejrzeć zdjęcia z konferencji prasowej i miał mi go przywieść, ale jak to mówi 'zapomniał'. - wskazała na Marca, a jej spojrzenie na powrót ciskało gromy.
- Kobieto! Przecież mamy zapasowe aparaty. Możesz sobie któryś pożyczyć. - zdenerwował się Marc.
- Nie chce innego! - wydarła się - Jedź do hotelu i mi go przywieź...
- No chyba śnisz. Zaraz zaczynają się treningi. Chociaż... - na twarzy starszego z braci pojawił się chytry uśmieszek - Przywiozę ten aparat jak ty pojedziesz ze mną.
- Pogięło? Nigdzie nie jadę, a szczególnie z tobą...
Nagle poczułam delikatne szturchnięcie.
- Co ty na to, żebym cię odprowadził tam gdzie szłaś? - spytał cicho Alex. - Oni szybko nie przestaną, a nie chce mi się tego słuchać.
Spojrzałam na niego, a później na skłonną do przemocy Kat i bez wahania się zgodziłam. Ruszyliśmy w stronę wyjścia, gdy dobiegł nas głos Kat:
- Hej, a wy dokąd? - zmarszczyła brwi, ale po chwili uśmiechnęła się słodko, patrząc na młodszego z braci. - Aleex, ty mieszkasz z tym idiotą... Skoczysz mi po aparat? Będę ci dozgonnie wdzięczna.
Biedny chłopak trochę się zmieszał.
- Eee... No bo, ja... ten... - poplątał się - Obiecałem Mel, że no... że ją odprowadze i ten...
- Jest mi potrzebny. - wtrąciłam i nie czekając na reakcję brunetki, złapałam go za rękę i wyciągnęłam na zewnątrz.
- Yyy, dzięki. - uśmiechnął się rozbrajająco.
Właśnie ten moment wybrał sobie Luis na pojawienie się. I był sam, co zauważyłam z radością.
- Mel! Gdzie ty się podziewałaś? - rzucił, po czym jego spojrzenie padło na moją dłoń zaciśniętą na ręce Alexa. Zmarszczył czoło, ale nic nie powiedział.
- Wpadłam odwiedzić nowych znajomych. - wzruszyłam ramionami - A co Camila już sobie poszła? - spytałam złośliwie.
- Tak, musiała wracać do Yamahy. - odparł spokojnie, nie pojmując aluzji. On czasami jest taki tępy...
- Naprawdę? Ja też muszę już iść do Mave, a Alex był taki miły, że zgodził się mnie odprowadzić. - uśmiechnęłam się sztucznie, po czym chwyciłam zdezorientowanego Marqueza pod ramię i pociągnęłam w stronę boksu Suzuki, zostawiając oniemiałego Luisa za sobą.
Kompletnie nie wiedziałam co we mnie wstąpiło. Chciałam żeby poczuł się tak jak ja? No i udało mi się. Mimo wszystko nie czułam się z tym dobrze...
*perspektywa Kat*
- No chyba cię coś boli. Nie wsiądę na to! W życiu! - rzuciłam z przerażeniem, stojąc przed motocyklem, na którym usiadł Marquez.
- No już, Kotek. Nie mam całego dnia. - Marc przewrócił oczami.
- A ja nie mam zamiaru jechać na tym czymś. - wskazałam na czarną Honde.
To że pracuję w otoczeniu motocykli, nie oznacza, że nie boję się na nich jeździć.
Oglądać innych? Owszem, uwielbiam. Ale samej wsiąść? O nie, nie. To już nie dla mnie.
Zdecydowanie zbyt niebezpieczne. A jeszcze z takim gościem jak Marc, któremu nie wiadomo co do łba może strzelić...
- Jak chcesz. - Marc wzruszył ramionami - Wychodzi na to, że będziesz musiała sobie znaleść inny aparat. - uśmiechnął się złośliwe, zsiadając z motocykla.
- Nie! Czekaj. - rzuciłam, na co pytająco uniósł brwi.
- Pojadę z tobą. - mruknęłam ponuro.
Tia. Mogło się wydawać, że miałam fioła na punkcie tego aparatu... i tak było. Dostałam go pół roku temu od taty, na urodziny. A tatuś znał się na rzeczy, w końcu obracał się w najlepszym dziennikarskim towarzystwie. Także ten... to była miłość od pierwszego wejrzenia. Aparat robił wspaniałe zdjęcia i od momentu w którym go otrzymałam, używałam tylko jego. A teraz przez takiego Marqueza miałoby się to zmienić? W życiu.
Tak, wiem. Dziwna jestem.
- To zapraszam. - wyszczerzył się Marc, robiąc mi miejsce z tyłu.
Spojrzałam nieufnie. Coś jeszcze mi nie pasowało...
- Marc? Gdzie masz kaski? - spytałam, na co tylko wzruszył ramionami.
- Nie mam.
Opadła mi szczęka.
- Jak to nie masz?! - pisnełam przerażona. - A co jak będzie wypadek? Ja nie nie chcę umierać! Rozumiem, że ty masz to gdzieś, ale jestem jeszcze za młoda... - przerwałam, widząc jego minę.
- A co jak złapie nas policja? - spytałam jeszcze cicho, na co uśmiechnął się diabelsko.
- Najpierw musiałaby nas dogonić.
I to zdanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie wyjdę cało z tej przejażdżki...
CZYTASZ
Be different because it's beautiful
FanfictionMłoda dziennikarka trafia do świata MotoGP, gdzie życie uprzykrza jej pewien bardzo irytujący, ale zabójczo przystojny facet...
