Rozdział czternasty

246 19 55
                                        

- Marc, zastanawiałeś się nad tym, żeby zacząć uprawiać nową dyscyplinę - upadanie synchroniczne? - spytałam złośliwie, siedząc w boksie Repsol Hondy i po raz kolejny oglądając materiał z zakończonego ponad tydzień temu wyścigu we Francji.
To były naprawdę świetne zawody, ale niestety Marquez jadąc na czwartym miejscu, zaliczył wywrotkę, dokładnie w tym samym momencie co jadący tuż przed nim Dovizioso. Jednak w odróżnieniu od Włocha, Marc nie poddał się, podniósł  swój motocykl i wrócił na tor, co zaowocowało trzema punktami, jako że do mety dojechało zaledwie trzynastu zawodników.  W głębi duszy podziwiałam go za ten upór i fakt, że mimo upadku chciał dokończyć wyścig... ale prędzej zjadłabym własne skarpety, niż mu o tym powiedziała.
Hiszpan posłał mi mordercze spojrzenie, ale po chwili uśmiechnął się pogodnie.
- Niekoniecznie. Ale gdybym się na to zdecydował, to byłbym najlepszy. Jak we wszystkim. - stwierdził zarozumiale.
- Serio? - prychnęłam z niedowierzaniem.
- Serio. A co? Wątpisz w to? - spytał robiąc surową minę i podchodząc do mnie bliżej.
- No wiesz, mając na uwadze ostatni wyścig... - znacząco zawiesiłam głos.
Marc podszedł do miejsca, w którym siedziałam i stanął za moimi plecami, wbijając wzrok w oglądany przeze mnie filmik.
- Ja po prostu nie chciałem, żeby Dovi poczuł się samotnie i postanowiłem potowarzyszyć mu w drodzę na pobocze. - wyjaśnił - Ale jak się potem ładnie zebrałem... Czekaj. Ten moment już był. - Marquez pochylił się nade mną, wyciągając rękę, żeby cofnąć nagranie, a ja zesztywniałam gdy otarł się klatką piersiową o moje ramię i poczułam jego zapach. Swoją drogą ładnie pachniał. Bardzo. Kilka razy dyskretnie pociągnęłam nosem i starałam się go powąchać...
- Masz karar?
Hm. Czyli nie wyszło. 
- Co? Ja? Nie. - rzuciłam rozkojarzona.
- Aha, bo tak dziwnie pociągałaś nosem. - mruknął - Dlaczego to gówno nie chce się cofnąć? Ścięło się czy co? - zdenerwował się po chwili, patrząc w ekran i nachylając się jeszcze bardziej, tak że praktycznie na mnie leżał.
Kompletnie nie wiedziałam jak się zachować, więc... odruchowo zdzieliłam go łokciem w żebra. Zaskoczony wyprostował się, obronnym gestem kładąc ręce na bolącym miejscu.
- Co to miało być? - spytał  unosząc brwi, na co zaczerwieniłam się lekko.
A bo ja wiem??
- Eee... - gorączkowo usiłowałam wymyślić jakieś usprawiedliwienie... - Położyłeś się na mnie. - rzuciłam w końcu oskarżycielskim tonem, odwracając lekko twarz w jego stronę.
Tia. Bardzo inteligentnie.
- A jak inaczej miałem dosięgnąć do myszki, geniuszu? - zakpił.
Właściwie... Rzuciłam mu puste spojrzenie.
- No cóż, GENIUSZU. Mogłeś stanąć obok mnie, a nie za mną. Albo mogłeś mi powiedzieć, o który moment ci chodzi, to JA bym go znalazła. - powiedziałam zadowolona, że udało mi się wymyślić jakiś sensowny argument, po czym uśmiechnięta zwróciłam twarz z powrotem w stronę monitora.
Ale po chwili uśmiech zszedł mi z twarzy. Marc bowiem znowu się na mnie 'uwiesił'. Tyle że tym razem zrobił to w ten sposób, że jego policzek znalazł się na wysokości mojego. Kolejny już raz znieruchomiałam.
- Ale tak było mi wygodniej. - szepnął, aż poczułam jego oddech na policzku.
Znowu nie wiedziałam co zrobić. Wahałam się między ponownym zdzieleniem go w żebra, a odwróceniem się i zarzuceniem mu rąk na szyję. Co by nie było, bardziej podobała mi się ta druga wersja. Jednak nim zdążyłam wprowadzić w życie którąkolwiek z nich, do boksu dziarskim krokiem wparował uśmiechnięty od ucha do ucha Alex.
- Dobra, Gołąbeczki. Sory, że przeszkadzam, ale Marc jest pilnie wzywany przez.... - przerwał raptownie i zatrzymał się, gdy zauważył sposób w jaki Marc się nade mną 'pochylał'. - Eee... - zmieszał się i zrobił krok w tył.
Nie chcąc, żeby wyciągnął błędne wnioski, zerwałam się z miejsca... a przynajmniej chciałam to zrobić. Marc jednak chwycił mnie za ramiona, co spowodowało, że przez kontakt jego dłoni z moją nagą skórą, nagle kompletnie zapomniałam o wstawaniu.
Wyprostował się za to Marc, nadal trzymając na mnie swoje ręce. Wiedziałam, że w tym momencie powinnam je z siebie strącić, ale... za bardzo mi się to podobało.
- Co tam braciszku chciałeś? - wyszczerzył się starszy z Marquezów.
- Yyy... Bo ten... Szuka cię ten... no... Nakamoto. - z tego wszystkiego Alex zaczął się jąkać.
Cóż, pewnie też bym tak mówiła, gdyby w tym momencie ktoś się mnie o coś zapytał. Ale na szczęście tak się nie stało. Marc poprosił jedynie brata o informacje na temat miejsca pobytu szefa, po czym powiedział:
- Do zobaczenia, Kotek.
Zabrał dłonie, co zauważyłam z żalem i opuścił pomieszczenie, a za nim podążył Alex.
Tak więc zostałam w boksie sama. Siedziałam przez chwilę w otępieniu, dogłębnie analizując zaistniałą przed chwilą sytuację. Ostatnio zdarzało mi się to zdecydowanie zbyt często.
- Kat, ogarnij się wreszcie!  - zbeształam się w duchu - Co to ma być? Zachowujesz się jakbyś była napalona! W dodatku na Marqueza! Tak nie może być. Musisz wziąć się w garść. Koniec z takim zachowaniem. - prowadziłam wewnętrzny monolog, adresowany do samej siebie. Po ustaleniu faktów, takich jak ten, że Marc w żadnym wypadku mi się nie podoba, stwierdziłam, że dalsze samotne siedzenie w boksie nie ma sensu. Chwyciłam więc mój aparat i ruszyłam na podbój alei serwisowej. Przez dobre kilkanaście minut błąkałam się po padoku, aż wreszcie dotarłam do miejsca, gdzie zawodnicy rozdawali autografy fanom zgromadzonym za barierkami. Jako że byliśmy we Włoszech, kibiców było mnóstwo. Był tam także Marc, ale na szczęście mnie nie zauważył. Był zbytnio zajęty próbami ignorowania gwizdów, buczenia i niekiedy nawet wyzwisk, kierowanych pod jego adresem, ze strony 'psychofanów' Valentino Rossiego, którzy wciąż uważali, że to przez niego ich idol nie zdobył w zeszłym roku tytułu mistrza świata.
Marc usilnie starał się także spławić ochroniarza, przydzielonego mu przez organizatorów, przez wzgląd na jego bezpieczeństwo.
Na szczęście byli tam jeszcze niezawodni fani Marqueza, podążający za nim na każdy wyścig. To właśnie przy nich zatrzymał się hiszpan, rozdając autografy.  Ja stanęłam z boku, postanawiając to sfotografować. Opłacało się. Bowiem w pewnej chwili przez barierki przedarł się mały, może czteroletni chłopiec i z wyciągniętymi rączkami, w których ściskał czapeczkę z numerem 93, popędził w stronę Marca, który nie widział go, bo był odwrócony w drugą stronę.
- Malkes! - wydarł się malec.
Słysząc swoje nazwisko, hiszpan odwrócił głowę, szukając źródła krzyku i z widocznym zaskoczeniem dojrzał biegnącego chłopca. Widząc to ochroniarz rzucił się, żeby zatrzymać malca, jednak Marquez powstrzymał go gestem dłoni i przewrócił oczami.
- Jeśli będzie chciał mnie pobić, to dam znać. - prychnął, po czym ruszył w stronę dziecka.
Następnie moim oczom ukazał się jeden z nasłodszych widoków, jakie dane mi było oglądać. Mianowicie gdy chłopczyk zauważył zbliżającego się Marca, stracił część swojej odwagi, zatrzymał się, patrząc niepewnie i zakrył twarz, trzymaną w dłoniach czapeczką tak, że było widać tylko jego oczy.
Widząc to Marquez ukucnął przed malcem i wyciągnął rękę w jego stronę. Ten zawahał się, po czym odsłonił twarz i wsunął w dłoń Marca swoją czapeczkę.
- Malkes! Autoglaf! - powiedział głośno.
Marc uśmiechnął się ciepło, złożył podpis i powiedział coś cicho w stronę malca.
Ten zareagował, dosłownie rzucając się hiszpanowi na szyję.
Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, na Marqueza i można było dostrzec radość malującą się na jego twarzy i dumę z tego, że jest idolem nawet tak małego dziecka.
To był tak słodki widok, że nieomal zapomniałam o ściskanym w dłoniach aparacie. Na szczęście w pore sobie o nim przypomniałam i udało mi się uchwycić ten moment na kilku zdjęciach.
Nagle Marc uniósł głowę ponad ramieniem przytulanego chłopca i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Zastygłam z aparatem w rękach i nieświadomie wstrzymałam oddech. W jego oczach dostrzegłam bowiem coś, czego nawet nie byłam w stanie nazwać. Czułam się tak jakbym po raz pierwszy ujrzała 'prawdziwego Marqueza'. Nie tego pewnego siebie, zarozumiałego dupka, a wrażliwego, szczerze uśmiechającego się Marca - chłopaka, po którym było widać, że kochał to co robił i dawało mu to prawdziwe szczęście. Tylko dlaczego nie był taki na codzień? Dlaczego skrywał się pod przykrywką osoby, która niczym się nie przejmowała i nie miała żadnych zmartwień? Uśmiechał się praktycznie przez cały czas, ale kto wie, które z tych uśmiechów były tymi prawdziwymi, niewymuszonymi...

Be different because it's beautiful Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz