The second part of the ''Darkness'' trilogy
~ Próbowaliśmy wypłynąć z ciemności, która wciągała nas w ten mrok.
Nie chcieliśmy cierpieć, choć żadne z nas nie umiało pływać w ciemnościach. Tylko wiara pozwalała nam przetrwać. Wiara i my sami. W czel...
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.
Zróbcie burzę komentarzy, żebym miała co czytać podczas podróży <3
– Powinnam użyć wiśniowego lakieru czy szarego? – spytałam, przyglądając się pokaźnej kolekcji.
Dylan, leżący do góry nogami na moim łóżku w taki sposób, że jego głowa zwisała w dół, uniósł się z jękiem, żeby spojrzeć na dwa trzymane przeze mnie lakiery. Zmrużył po fachowemu oczy, podrapał się po głowie i głęboko odetchnął, by powiedzieć:
– Żadnego z tych.
– To który radzisz? – westchnęłam ciężko, opadając na krzesło.
– Pastelowy fiolet – odpowiedział stanowczo. Uniosłam brwi, ale nie dociekałam.
Smutny fakt to to, że Jayden znał się na modzie i stylu lepiej ode mnie.
– Nie mam pojęcia, po co się tak stroisz na tę sobotę. – Wstał z łóżka, rzucił telefon na łóżko i podszedł do mnie. Spojrzeliśmy sobie w oczy w moim lustrze na toaletce. – Przecież to tylko kolacja ze wszystkimi członkami niebezpiecznej organizacji.
Fakt, że mówił to z powagą napawał mnie lękiem...
– Nigdy nie byłam na takiej... uroczystości? Jestem introwertyczką!
Kiedy przez trzy następne dni jeździłam z Frightonem samochodem do szkoły, bo bał się mojej niedyspozycji po wypadku, udało mi się go wypytać o więcej istotnych szczegółów odnośnie tej zorganizowanej imprezy. Thomas twierdził, że to nic wielkiego, ale już doszliśmy do tych wniosków, że nasze punkty odniesienia mocno się od siebie różniły. Z tego też powodu dociekałam o więcej i tak, mocno go irytowałam, ale nie ustępowałam. Zdecydowałam się jechać w czarnej opinającej sukience do kolana, bo właśnie ten kolor pasował mi do Darkness. Dlatego też dziwiłam się nad wyborem Jaydena, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że miałam pojechać w czarnej poważnej kreacji.
– Thomas cię obroni, słońce – odpowiedział spokojnie i się uśmiechnął. – Przecież nie pozwoliłby cię skrzywdzić, a poza tym ma gnaty, tak?
– Nie jestem pewna czy na tego typu uroczystości nosi się broń – zastanawiałam się na głos. Blondyn zaczął bawić się moimi włosami.
– Ronnie, to jest Thomas – powiedział to w taki sposób, jakby wszystko było już jasne.
– To nie zmienia faktu, że się stresuję.
– Masz na to jeszcze... – zamyślił się na moment. – Cztery dni, jeśli dobrze liczę. – Prychnęłam z rozbawieniem i pokręciłam głową.
– Chyba korki z matmy naprawdę ci się przydadzą – westchnęłam. – Bo sobotę będziemy mieć za dwa dni.
– Myślałem, że dzisiaj jest... a, nieważne. – Przewrócił oczami i położył się na moim łóżku, a następnie chwycił paczkę czipsów i wepchnął sobie garść do ust.