7

4 0 0
                                        

Patsy to była klimatyczna, urokliwa knajpka, jeszcze za naszych szczeniackich czasów, ale wtedy była brudna, obskurna i odstraszająca. Uciekali z niej wszyscy, ale my nie. My wręcz przeciwnie. Bo doskonale wiedzieliśmy, że takie burgery jak tutaj, to nigdzie indziej.
I tak przeżyliśmy Patsy i dobrze się mamy.
Po latach lokal wyremontowała córka właścicielki. Nadała mu zupełnie nowego charakteru. I nagle stał się popularny, wręcz modny. Młodzi yuppie, czyli tacy mniej więcej jak my, nagle zaczęli tu bywać i robić sobie selfie przy kawie lub rzeczonych hamburgerach.
Tyle, że to była nasza knajpa i nie mieliśmy zamiaru nikomu oddać naszych miejsc.
Dlatego w Patsy zawsze czekał na nas stolik. Zawsze.

Kiedy otworzyłem drzwi od lokalu owionął mnie zapach smażonego mięsa, świeżego pieczywa, warzyw i kawy. Doskonałej, mocno parzonej. Zaciągnąłem się tymi wszystkim zapachami. Nagle poczułem się okrutnie głodny.
Instynktownie złapałem się za brzuch. Jakbym chciał stłumić głodne warknięcie, które mogło się z niego wydobyć.
Od naszego stolika machały do mnie z daleka uniesione dłonie w geście powitania.

-No to jesteśmy w komplecie? To samo co zawsze?

Kiwnąłem w kierunku lady, za którą kolejne pokolenie Patsy wiedziało o co chodzi. Policzyła nas, zapisała coś na karteczce i podała na kuchnię.

-Więc? O co chodzi? – byłem ciekaw i modliłem się w duchu, aby faktycznie rozmowa dotyczyła kogoś innego lub czegoś innego niż ja.

-O ciebie – Leo jak zwykle mnie nie zawiódł.

-No nie. Proszę was, kurwa. Jeżeli nie przestaniecie to zaraz wychodzę – uniosłem się nieznacznie na krześle jednocześnie zapinając guzik od marynarki. Już byłem gotowy do wyjścia.

-Siadaj. Żarcik. Ale serio, ustalenia musimy poczynić – Dave chyba w nocy zamiast spać grał w Star Wars. Włączył mu się ewidentnie tryb Jody. Uśmiechnąłem się do niego szeroko.

-Dobra. Chłopaki bez podchodów. Czas się gotować na akcję. To już za tydzień – Dylan wpatrywał się w nasze twarze poruszając szybko brwiami. Znak rozpoznawczy każdej dobrej imprezy, w której głównymi bohaterkami były kobiety.

Nagle nasze ręce wylądowały nad blatem stołu i 6 pięści przybiło żółwika.

-Czyli kobietki? – Steve się rozanielił.

Wszystkim nam się miny rozpromieniły. Tak działały na nas kobiety. Zawsze tak było. 

-Plan jest prosty. Spotykamy się w tym składzie za tydzień. Nie, nie, no jasne, wcześniej też, ale chodzi dokładnie o imprezę za tydzień – Dylan znowu porusza brwiami.

-Uuuuu-rodziny Colina!!! – cała piątka zawyła niemiłosiernie.

Przy sąsiednich stolikach podniosły się głowy szukając zgorszonym wzrokiem źródła hałasu. Patsy pogroziła nam palcem ze śmiechem.

-Plan jest, my już wiemy co, Colin dowie się na miejscu. I tak kochanie – Lucas objął mnie serdecznie ramieniem i przyciągnął za kark bliżej siebie – przyjedziemy po ciebie o 08.00 wieczorem. Bądź gotów. Potrzebujesz jedynie ubrać się przyzwoicie, nie stroimy się, raczej luźno, ale z klasą, parę kart kredytowych i weź też trochę gotówki – w tej chwili słyszałem jego szept prosto w moje ucho – jedno dolarówek –

Zaśmiali się wszyscy tubalnie.
No i cały plan jest mi znany.
To oznacza klub nocny, pewnie panny na rurze. Dobra, jestem za.

-Wchodzę w to – śmiałem się razem z nimi.

Takie wypady zawsze oznaczały jedno – dobrą zabawę, świetne widoki, mnóstwo alkoholu i jak jakaś tancerka wyjątkowa zaprzątnęła moją uwagę – seks.
Zobaczymy, co tym razem życie mi przyniesie. 

MementoOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz