Rozdział 18

57 14 0
                                        

Zostaliśmy poprowadzeni przez budynek, wciąż pod eskortą żołnierzy. Cameron szedł obok nas, wyraźnie zdenerwowany sytuacją.
- Przepraszam - powiedział cicho, patrząc na ojca. - Nie tak to miało wyglądać.
Ojciec spojrzał na niego spokojnie, choć w jego oczach widać było pewną dozę zrozumienia.
- W porządku - powiedział. - Rozumiem, że muszą być ostrożni. Nicole i ja szłyśmy w milczeniu, czując narastające napięcie. James wydawał się być człowiekiem, który nie ufał nikomu z zewnątrz, a jego podejście do nas tylko to potwierdzało.
Weszliśmy do prostego pomieszczenia z kilkoma krzesłami ustawionymi wokół stołu. Żołnierze wskazali nam miejsca i wyszli, zostawiając nas samych na chwilę.
James spojrzał na nas zza stołu, jego twarz była zimna i skupiona. - Teraz porozmawiamy - powiedział.
- Zanim zdecydujemy, czy możecie tu zostać, muszę wiedzieć, kim dokładnie jesteście i dlaczego powinniśmy wam zaufać.
Wiedziałam, że to spotkanie będzie kluczowe dla naszej przyszłości. Pomieszczenie było małe i surowe, z prostym stołem i kilkoma krzesłami. James usiadł naprzeciwko nas, otwierając swój notatnik. Wyglądał na człowieka, który nie przepuści żadnej informacji.
- Cameron, wyjdź na korytarz. Zaczekaj tam, aż cię zawołam - rzucił beznamiętnie, nawet na niego nie patrząc.
Cameron spojrzał na nas krótko, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- Zaczniemy od podstaw - powiedział chłodno, spoglądając na ojca, Nicole i mnie. - Jak się nazywacie?
Ojciec odpowiedział pierwszy
- Mam na imię William Davis. Nicole poszła w jego ślady, a potem ja, choć czułam, jak moje gardło się ściska.
- Ile macie lat? - zapytał, a my kolejno odpowiedzieliśmy.
James skrzętnie notował wszystko w swoim notatniku, nie odrywając wzroku od kartek.
- Skąd jesteście?
Ojciec odpowiedział spokojnie:
- Jesteśmy z bunkra w pobliżu północnego lasu.
James uniósł brew.
- Jak długo tam byliście?
- Niecałe dziewięć lat - odpowiedział ojciec. - Opuściliśmy go kilka dni temu, kiedy przestał być bezpieczny. James zanotował odpowiedź, a potem spojrzał na ojca z zainteresowaniem.
- Co tam robiliście?
- Ja zajmowałem się badaniami naukowymi, zwłaszcza związanymi z wirusem Czarna Mgła - odpowiedział ojciec. - Starałem się znaleźć wzór w zachowaniach zarażonych.
James spojrzał na niego uważniej, a potem zadał kolejne pytanie:
- Jakie masz wykształcenie? Ojciec wyprostował się.
- Jestem lekarzem z tytułem naukowym w dziedzinie mikrobiologii. Przed epidemią pracowałem w laboratorium badawczym.
James zanotował to wszystko, a potem spojrzał na Nicole i na mnie.
- A wy? Co robiliście w bunkrze?
Nicole odpowiedziała pierwsza.
- Pomagałam przy uprawach roślin. To było nasze główne źródło jedzenia. James skinął głową, notując jej słowa.
- Dobra umiejętność - powiedział krótko.
Kiedy przyszła moja kolej, czułam, jak serce mi przyspiesza. James spojrzał na mnie, czekając na odpowiedź.
- Ja... - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. W bunkrze nigdy nie miałam jasno określonej roli. Pomagałam tu i tam, ale nigdy nie zajmowałam się niczym konkretnym. James patrzył na mnie przez chwilę, po czym skinął głową.
- Znajdziemy coś dla ciebie - powiedział. - Każdy tutaj ma swoje obowiązki. Każdy wnosi coś do Oazy. Po zadaniu wszystkich pytań James zamknął notatnik i wstał.
- Dobrze - powiedział. - Zaraz po was przyjdzie ktoś, kto was oprowadzi po Oazie a następnie zaprowadzi do stołówki. Tam możecie odpocząć i coś zjeść. Spojrzał na nas z zimnym wyrazem twarzy.
- Ale pamiętajcie, że pobyt tutaj to nie wakacje. Oaza istnieje, bo każdy tu pracuje na rzecz wspólnoty. To nie jest miejsce dla pasożytów.
Ojciec skinął głową, a Nicole i ja milczałyśmy.
- Możecie wyjść na korytarz i tam poczekać - dodał James. - Przy okazji zawołajcie Camerona. Wyszliśmy z przesłuchania i znaleźliśmy Camerona, który stał oparty o ścianę kilka metrów dalej. Kiedy nas zobaczył, od razu podszedł.
- Jak poszło? - zapytał, patrząc na ojca.
- Bez problemów - odpowiedział ojciec, choć w jego głosie było coś, co zdradzało lekkie napięcie.
- James cię woła - powiedziała Nicole, wskazując na drzwi przesłuchania.
Cameron wyglądał na lekko zdenerwowanego, ale skinął głową. Staliśmy na korytarzu, otoczeni ciszą, nie wiedząc, co nas czeka. Wszystko w Oazie wyglądało obiecująco, ale atmosfera pozostawała pełna napięcia. Coś w Jamesie sprawiało, że wciąż nie mogłam mu w pełni zaufać. Korytarz był cichy, a atmosfera napięta. Nicole i ja oparłyśmy się o ścianę, próbując rozładować nerwy po przesłuchaniu. Ojciec usiadł na jednym z niewielkich krzeseł pod ścianą, wciąż zatopiony w myślach.
- To miejsce wygląda jak z innego świata - powiedziała Nicole, spoglądając na mnie z lekkim uśmiechem. - Dzieci, psy, konie... nie myślałam, że jeszcze coś takiego istnieje.
Kiwnęłam głową, wciąż mając przed oczami obraz ludzi spacerujących po Oazie, jakby to był zwykły dzień przed epidemią. - Ale James... - dodała Nicole, ściszając głos. - On mnie przeraża.
- Też tak myślisz? - zapytałam, zerkając w stronę drzwi, za którymi znajdował się James. - Jest... taki oschły. Jakby wszystko musiało być idealnie poukładane.
Nicole zaśmiała się nerwowo.
- Może to i dobrze. Jeśli on to wszystko prowadzi, to chyba właśnie dzięki temu to miejsce działa. Ale z drugiej strony... nie wygląda na kogoś, kto potrafi zaufać. Zanim zdążyłyśmy powiedzieć coś więcej, usłyszałyśmy kroki na końcu korytarza. Pojawiła się młoda kobieta, może dwudziestoletnia, ubrana w schludny mundur z naszywką, na której widniało jej imię: Lily. Jej blond włosy były związane w ciasny warkocz, a jej twarz, choć poważna, miała w sobie coś łagodnego.
Zanim do nas podeszła, zatrzymała się i uniosła brew.
- James was przeraża, co? - zapytała z lekkim uśmiechem, ewidentnie słysząc naszą rozmowę. Nicole zamarła, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco.
- My... nie chciałyśmy... - zaczęłam, ale Lily machnęła ręką, przerywając mi.
- Spokojnie - powiedziała, jej głos był miękki i uspokajający. - Wiem, jak na początku wygląda. Zimny, oschły... czasem nawet groźny. Ale uwierzcie mi, James to dobry człowiek.
Nicole spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Dobry? - zapytała ostrożnie.
Lily skinęła głową.
- Tak. To, że jest taki, jaki jest, pozwoliło Oazie przetrwać. Nie ufa nowym, bo już zbyt wiele razy został zdradzony. Ale kiedy zobaczy, że można wam zaufać. Mimo jej uspokajających słów, wciąż czułam się nieswojo.
- A ty skąd to wiesz? - zapytałam, próbując zrozumieć, dlaczego broni Jamesa z taką pewnością.
Lily uśmiechnęła się lekko.
- Bo jestem jego córką - powiedziała, a jej głos był pełen dumy. Nicole i ja spojrzałyśmy na siebie z zaskoczeniem.
- Jego córką? - powtórzyła Nicole.
- Tak - odpowiedziała Lily, opierając się o ścianę naprzeciwko nas. - Wiem, że czasem trudno go rozgryźć, ale uwierzcie mi, wszystko, co robi, robi dla dobra Oazy.
Nicole wyglądała na zdenerwowaną, a ja poczułam, jak moje serce zaczyna szybciej bić.
- Przepraszamy, jeśli... powiedziałyśmy coś nieodpowiedniego - powiedziałam, próbując załagodzić sytuację.
Lily zaśmiała się cicho.
- Nie przejmujcie się. Każdy nowy ma takie myśli o Jamesie - powiedziała, po czym spojrzała na nas uważnie. - Ale uwierzcie mi, tutaj będziecie bezpieczni. Po krótkiej chwili rozmowy Lily wyprostowała się i wskazała na korytarz.
- Teraz czas na małą wycieczkę - powiedziała z uśmiechem. - Oprowadzę was po Oazie i pokażę wam, co i jak. No i zaprowadzę was do stołówki, bo pewnie jesteście głodni.
Nicole i ja skinęłyśmy głowami, a ojciec podniósł się z krzesła, z wdzięcznym uśmiechem na twarzy.
- Dzięki, Lily - powiedział spokojnie.
- Nie ma sprawy. To część mojej pracy - odpowiedziała.
Zaczęliśmy iść za nią, a jej obecność, choć na początku budziła lekki niepokój, szybko stała się kojąca. Była inna niż James - bardziej otwarta i przyjazna, co sprawiało, że zaczynałam wierzyć, że może naprawdę znajdziemy tu swoje miejsce. Zaraz po wyjściu z przesłuchania Lily zaczęła nas oprowadzać po Oazie. Już kilka kroków od budynku, w którym byliśmy, naszym oczom ukazała się ogromna, pięknie utrzymana stajnia. Konstrukcja była solidna, drewniana, z szerokimi wrotami, które były otwarte, a z wnętrza dochodziły ciche odgłosy koni i zapach świeżego siana.
Nicole zamarła, a jej oczy rozbłysły na widok tego miejsca.- To jest... niesamowite - powiedziała, podchodząc bliżej, jakby przyciągana jakąś niewidzialną siłą.
Lily uśmiechnęła się.
- To nasza stajnia - powiedziała z dumą. - Jedno z najważniejszych miejsc w Oazie. Weszliśmy do środka, a Nicole od razu zwróciła uwagę na jednego z koni w boksie. Był to młody, jasno gniady źrebak, który stał blisko swojej matki, spokojnie chrupiąc siano. Nicole zatrzymała się przy nich, niemal zahipnotyzowana.
- On jest... taki piękny - wyszeptała, wyciągając rękę w stronę źrebaka, który ostrożnie zbliżył się do niej i obwąchał jej dłoń.
- To nasz najmłodszy - powiedziała Lily, podchodząc bliżej. - Urodził się kilka tygodni temu. Jeszcze nie ma imienia, bo czekamy, aż pokaże, jaki ma charakter.
Nicole zaśmiała się cicho, wciąż głaszcząc miękką sierść małego konia.
- Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego - powiedziała.
Ojciec spojrzał na nią z uśmiechem. Lily wskazała na większe konie, które przechadzały się po zagrodzie obok stajni.
- Konie są dla nas kluczowe - wyjaśniła. - Nie tylko pomagają w patrolach, ale też w polowaniach i przemieszczaniu się po trudnym terenie. Właściwie większość grup społecznych w Oazie korzysta z ich pomocy.
- Grup społecznych? - zapytałam, patrząc na nią z ciekawością. Lily skinęła głową.
- Tak. W Oazie mamy pięć głównych grup, które razem tworzą naszą społeczność. Każda z nich ma inne obowiązki, ale wszystkie są równie ważne.
Zaczęła wymieniać je po kolei.
- Pierwsza grupa to wojskowi, do których, jak już pewnie zauważyliście, należę ja - powiedziała, wskazując na swój mundur. - Zajmujemy się patrolowaniem terenów poza murami, pilnowaniem porządku w środku Oazy i szkoleniem nowych rekrutów. Niektórzy z nas specjalizują się w polowaniach na zwierzęta, żeby dostarczać mięso dla mieszkańców.
Nicole spojrzała na nią z podziwem.
- To musi być trudne - powiedziała.
- Bywa - przyznała Lily. - Ale ktoś musi to robić.
- Druga grupa to botanicy - kontynuowała. - To oni zajmują się sianiem, uprawą i dbaniem o nasze rośliny. Dzięki nim mamy owoce, warzywa, a także jedzenie dla zwierząt. Botanicy są również odpowiedzialni za gotowanie dla wszystkich mieszkańców.
Ojciec uniósł brew, wyraźnie zainteresowany.
- Ciekawe podejście - powiedział. - Z jednej strony produkcja, z drugiej przetwarzanie.
Lily uśmiechnęła się i przeszła do kolejnej grupy.
- Trzecia grupa to naukowcy. To oni badają Czarną Mgłę, próbują zrozumieć, jak działa, i tworzą wynalazki, które pomagają nam w codziennym życiu. Część z nich zajmuje się edukacją dzieci i młodzieży, bo to kluczowe, żeby nie zatracić wiedzy w przyszłości.
Spojrzała na ojca.
- Wydaje mi się, że pan mógłby się tu odnaleźć. Ojciec kiwnął głową, ale nic nie powiedział.
Nicole spojrzała na tatę z uśmiechem.
- Wygląda na to, że tutaj twoje umiejętności będą na wagę złota - powiedziała.
- Na pewno mógłbym pomóc.
Ojciec odwzajemnił uśmiech.
- Czwarta grupa to lekarze, choć to niestety najmniejsza grupa w Oazie - kontynuowała Lily. - Mamy tylko pięciu wykształconych lekarzy. Zajmują się badaniem chorych, operacjami, a także leczeniem zwierząt, jeśli jest taka potrzeba
- Ostatnia grupa to opiekunowie - dodała Lily. - To ludzie, którzy zajmują się zwierzętami, ich szkoleniem i opieką, ale też pomagają starszym i potrzebującym. Opiekunowie kontrolują bezpieczeństwo dzieci, pracują w bibliotece i pilnują porządku na boiskach czy placach zabaw. Nicole spojrzała na źrebaka, którego nadal głaskała, i powiedziała z uśmiechem:
- Myślę, że mogłabym być opiekunem.
Lily zaśmiała się.
- Albo botanikiem, skoro mówiliście, że zajmowałaś się uprawą roślin.
Nicole wzruszyła ramionami.
- Może jedno i drugie? Po chwili rozmowy Lily zerknęła na zegarek.
- Jak dorośniesz będziesz mogła zadecydować, dobra, czas na dalszą część wycieczki - powiedziała. - Jest jeszcze kilka miejsc, które muszę wam pokazać, zanim traficie do stołówki.
Nicole spojrzała na źrebaka z wyraźnym żalem.
- Mogę tu wrócić później? - zapytała.
Lily skinęła głową.
- Oczywiście. Jeśli będziesz chciała spróbować swoich sił jako opiekun, to na pewno spędzisz tu sporo czasu. Nicole uśmiechnęła się, a ja poczułam, że powoli zaczynamy odnajdywać swoje miejsce w tym nowym świecie. Po opuszczeniu stajni Lily poprowadziła nas w stronę otwartego placu. Był to teren treningowy dla jeźdźców, otoczony niskim, drewnianym ogrodzeniem. W środku widzieliśmy jednego z żołnierzy, trenującego skoki na potężnym, kasztanowym koniu. Koń podskakiwał z gracją, przeskakując kolejne przeszkody ustawione na placu.
- To plac do jazdy i treningów - wyjaśniła Lily, wskazując na przestrzeń. - Wojskowi regularnie ćwiczą tutaj umiejętności jeździeckie, bo konie to nasz główny środek transportu poza murami. Nicole patrzyła na skaczącego konia z zachwytem, a ja czułam, jak bije mi serce na widok jego siły i elegancji.
Kiedy żołnierz zauważył Lily, wstrzymał konia i skierował go w naszą stronę. Kasztanowy koń, który jak się później okazało, miał na imię Robin, zatrzymał się tuż przed nami, tupiąc lekko kopytem o ziemię.
- Lily - powiedział mężczyzna z lekkim uśmiechem. - Kogo tu przyprowadziłaś?
- Oprowadzam nowych - odpowiedziała Lily, wskazując na nas. - To Nicole, Amy i ich ojciec William.
Żołnierz zeskoczył z siodła i podszedł do nas, prowadząc Robina za uzdę. Był wysoki, o krótko przystrzyżonych ciemnych włosach, a na jego twarzy widniał przyjazny uśmiech.
- Devon - przedstawił się, podając nam rękę. - A to Robin, mój partner na każdą okazję.
Nicole uśmiechnęła się, patrząc na konia z fascynacją.
- Jest piękny - powiedziała.
Robin zrobił krok w moją stronę, a ja instynktownie się cofnęłam. Jego duże, ciemne oczy patrzyły na mnie z zainteresowaniem, a ja poczułam, jak moje serce przyspiesza.
- Nie bój się - powiedział Devon z uśmiechem. - Robin jest łagodny jak baranek.
Zawahałam się, ale wyciągnęłam rękę, by dotknąć jego głowy. Jego sierść była ciepła i gładka, a on sam delikatnie przytknął nos do mojej dłoni.
- Widzisz? - powiedział Devon. - On od razu wyczuwa, że jesteś przyjacielska.
Pogłaskałam go po głowie, a Robin poruszył uszami, jakby potwierdzając słowa Devona.
- Robin to najlepszy koń w Oazie - powiedział Devon z dumą. - Jest szybki, inteligentny i ma niesamowitą wytrzymałość. Dzięki niemu żadne patrole nie są zbyt trudne.
Lily zaśmiała się cicho.
- Devon zawsze tak mówi, ale prawda jest taka, że każdy koń tutaj jest wyjątkowy - wtrąciła.
Devon spojrzał na nią z rozbawieniem.
- No, może i masz rację, ale Robin to jednak najlepszy. Amy zauważyła, jak swobodnie Devon i Lily rozmawiają, niemal jak starzy przyjaciele. Widać było, że znają się doskonale i mają świetną relację.
- Często razem pracujemy - wyjaśniła Lily, jakby czytając moje myśli. - Devon i ja jeździmy razem na patrole. Na zewnątrz trzeba mieć kogoś, na kim można polegać.
Devon kiwnął głową.
- Lily to jedna z najlepszych wojskowych, jakie znam - powiedział, a w jego głosie słychać było szczery podziw. Lily uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem.
- Przesadzasz - rzuciła, choć widać było, że ceni sobie jego słowa. Po chwili rozmowy Devon spojrzał na nas i poklepał Robina po szyi.
- Dobra, wracam do treningu. Nie chcę wam przeszkadzać w wycieczce - powiedział. - Ale pewnie będziemy się widzieć często. Jeśli będziecie czegoś potrzebować, śmiało się do mnie zwróćcie.
Nicole uśmiechnęła się szeroko.
- Dzięki - powiedziała. Devon skinął głową, a potem z gracją wskoczył na siodło i odjechał, prowadząc Robina w stronę kolejnej przeszkody.
Lily spojrzała na nas z uśmiechem.
- Devon to dobry człowiek - powiedziała. - Możecie na nim polegać.
Nicole spojrzała na mnie, a potem na Lily.
- Wygląda na to, że Oaza jest pełna ciekawych ludzi - powiedziała.
Lily skinęła głową.
- Zobaczycie jeszcze więcej. A teraz czas ruszać dalej - dodała, wskazując na ścieżkę.
Ścieżka prowadziła do dużego, nowoczesnego budynku, którego elewacja lśniła czystością w porównaniu do innych konstrukcji w Oazie. Był on wyraźnie jednym z najnowszych i najlepiej utrzymanych miejsc. Przed budynkiem znajdował się przestronny plac z ławkami, na których siedziały dzieci. Niektóre bawiły się piłką, inne rysowały coś w notatnikach, a ich radosne głosy wypełniały powietrze. - To szkoła - powiedziała Lily z dumą, kiedy zbliżyliśmy się do budynku. - W Oazie mamy ponad 500 uczniów, a niedługo dołączy do nich Nicole. To jedno z najważniejszych miejsc tutaj.
Nicole spojrzała na nią z zaciekawieniem.
- Nauka jest aż tak ważna? - zapytała.
Lily skinęła głową.
- Bardzo. Dzieci są przyszłością Oazy. Szkoła pozwala im rozwijać się, zdobywać wiedzę i przygotować do życia w naszej społeczności. Po ukończeniu edukacji, w wieku szesnastu lat, wybierają grupę społeczną, do której chcą należeć. Ojciec, wyraźnie zainteresowany, uniósł brew.
- To wyjątkowo zorganizowany system - zauważył.
Lily uśmiechnęła się.
- Tak właśnie działa Oaza. Każdy ma tu swoje miejsce i obowiązki. Ale zanim dzieci zdecydują, co chcą robić, uczą się wszystkiego po trochu: nauk ścisłych, historii, rolnictwa, a nawet podstaw medycyny. Podczas spaceru ojciec spojrzał na Lily z lekkim uśmiechem.
- Ilu właściwie jest mieszkańców Oazy? - zapytał.
Lily chwilę się zastanawiała, a potem odpowiedziała:
- Nieco ponad dwa tysiące. To dość duża społeczność, jak na warunki, w jakich żyjemy.
Nicole spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
- Dwa tysiące? - powtórzyła. - Jak udało wam się zgromadzić tyle ludzi?
- Większość to ludzie, którzy trafili tutaj w pierwszych latach po wybuchu epidemii. Reszta to ich dzieci. Ale ciągle przyjmujemy nowych, jeśli udowodnią, że są czyści i mogą coś wnieść do naszej społeczności.
Ojciec kiwnął głową, wyraźnie pod wrażeniem skali organizacji. Lily zaprowadziła nas do środka szkoły, gdzie od razu poczuliśmy ciepłe, przyjazne otoczenie. Wąskie korytarze były udekorowane pracami dzieci - kolorowymi rysunkami i projektami naukowymi.
- To jeden z naszych najnowocześniejszych budynków - wyjaśniła Lily, prowadząc nas dalej. - Oprócz szpitala, szkoła jest najlepiej wyposażonym miejscem w Oazie.
Przechodziliśmy obok sal lekcyjnych, gdzie przez duże okna w drzwiach mogliśmy zobaczyć dzieci w różnym wieku. W jednej sali maluchy, ledwo odrosłe od ziemi, rysowały coś na tabliczkach, a ich nauczycielka spokojnie tłumaczyła coś na tablicy. W innej starsze dzieci pisały coś w zeszytach, podczas gdy mężczyzna w średnim wieku wskazywał na dużą mapę na ścianie.
- Dzieci zaczynają naukę w wieku sześciu lat - powiedziała Lily, zatrzymując się na chwilę przy jednej z sal. - Kończą, gdy mają szesnaście, a potem wybierają swoją przyszłość. - Wszystko jest tu takie dobrze zorganizowane - zauważyła Nicole.
- Musi takie być - odpowiedziała Lily. - Każdy ma tutaj swoją rolę, a odpowiednia edukacja jest kluczem do tego, żeby Oaza mogła przetrwać. Nicole spojrzała przez okno na dzieci w jednej z klas i uśmiechnęła się lekko.
- To niesamowite, że w takich warunkach udało wam się stworzyć miejsce, w którym dzieci mogą normalnie się uczyć.
Lily skinęła głową.
- To nie było łatwe - przyznała. - Ale James zawsze powtarzał, że bez wiedzy nie ma przyszłości.
Ojciec spojrzał na Lily z ciekawością.
- A ty? Byłaś uczennicą w tej szkole?
Lily uśmiechnęła się nostalgicznie.
- Tak, jeszcze niedawno - odpowiedziała. - Zawsze chciałam zostać wojskową, więc kiedy skończyłam szkołę, od razu dołączyłam do grupy.
Ojciec kiwnął głową, wyraźnie pod wrażeniem jej zaangażowania. Po obejrzeniu kilku klas i krótkiej rozmowie Lily spojrzała na nas z uśmiechem.
- Czas ruszać dalej - powiedziała. - Stołówka jest niedaleko, a jestem pewna, że po tym wszystkim jesteście głodni.
Nicole i ja spojrzałyśmy na siebie z uśmiechem, a potem poszłyśmy za Lily, gotowe zobaczyć, co jeszcze kryje Oaza.

Black Mist Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz