Następnego dnia od samego rana ojciec zamknął się w laboratorium. Słyszałyśmy, jak coś przesuwa, a potem ciche dźwięki narzędzi i sprzętu. Drzwi były zamknięte, a my wiedziałyśmy, że nie będzie chciał, żebyśmy mu przeszkadzały.
– Co on tam robi? – zapytała Nicole, kiedy szłyśmy do części botanicznej bunkra, żeby zająć się roślinami.
– Nie wiem – odpowiedziałam, choć w moim głosie słychać było frustrację. – Odkąd wrócił, zachowuje się inaczej.
– Inaczej? – Nicole uniosła brew. – Jest nieobecny.
– Nie wiem, czemu taki jest – przyznałam, sięgając po sekator i zaczynając przycinać jedną z roślin. – Ale musimy mu nie przeszkadzać .
Nicole milczała przez chwilę, skupiona na podlewaniu doniczek z pomidorami. W części botanicznej panował spokój – miękkie światło lamp imitujących naturalne promienie słoneczne rozlewało się po pomieszczeniu, a powietrze było wilgotne i pachniało ziemią. Zawsze lubiłyśmy tu przychodzić. To było nasze miejsce.
– Myślisz, że on nam w końcu powie, co się stało? – zapytała Nicole, odwracając się do mnie.
Zawahałam się.
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Ale jeśli nie, to i tak musimy się dowiedzieć.
Nicole spojrzała na mnie z determinacją w oczach.
– Masz plan?
– Jeszcze nie – przyznałam, odkładając sekator na blat. – Ale na razie musimy się skupić na tym, co możemy kontrolować.
Zmieniłam temat, żeby rozładować napięcie.
– Jak tam twoje pomidory? – zapytałam, wskazując na krzaczki, które zaczynały owocować.
Nicole uśmiechnęła się lekko.
– Całkiem nieźle. Chyba nawet lepiej niż ostatnio.
– To dlatego, że w końcu zaczęłaś je odpowiednio nawozić – drażniłam się, a Nicole rzuciła we mnie kawałkiem suchej ziemi.
– Tylko dlatego, że ty mnie tego nauczyłaś – odpowiedziała z uśmiechem.
– No tak, bo jestem niezastąpiona – odparłam, śmiejąc się cicho. Przez chwilę rozmawiałyśmy o roślinach – o tym, które zioła radzą sobie najlepiej w sztucznym świetle, i które rośliny mogłybyśmy spróbować wyhodować w następnie. Uwielbiałyśmy tę część bunkra, bo była jak mały kawałek świata, który pamiętałyśmy sprzed epidemii. Zielone liście, zapach świeżej bazylii, dojrzewające pomidory – wszystko to przypominało nam, że życie wciąż trwa, nawet tutaj, w zamknięciu.
– Myślisz, że kiedyś będziemy mogły zasadzić coś na zewnątrz? – zapytała Nicole, spoglądając na mnie z nadzieją.
– Może – odpowiedziałam, choć nie wiedziałam, czy to prawda. – Ale na razie musimy trzymać się tego, co mamy tutaj.
Nicole kiwnęła głową i wróciła do podlewania. Przez chwilę czułam, jak napięcie z ostatnich dni trochę się ulatnia.
Kiedy kończyłyśmy pracę w części botanicznej, usłyszałyśmy, jak drzwi laboratorium otwierają się z hukiem. Ojciec wyszedł, wyglądając jeszcze bardziej zmęczony niż wczoraj. Na jego dłoniach były ślady czegoś, co wyglądało jak smar albo chemikalia, a oczy miał przekrwione, jakby nie spał całą noc.
– Co robiłyście? – zapytał krótko, jego głos był szorstki.
– Opiekowałyśmy się roślinami – odpowiedziałam spokojnie, choć czułam, jak mięśnie w moim ciele napinają się ze stresu.
Ojciec spojrzał na nas, a potem skinął głową, jakby nasze wyjaśnienie go zadowoliło.
– Dobrze – powiedział, ruszając w stronę kuchni.
Nicole spojrzała na mnie znacząco, a ja odpowiedziałam jej wzrokiem, który mówił: „nie mam pojecia”.
Cokolwiek ojciec robił w laboratorium, musiało być ważne. Ale co to było i dlaczego nas od tego odsuwał? To były pytania, na które musiałyśmy znaleźć odpowiedzi – prędzej czy później. Siedzę na łóżku w pokoju Nicole, opierając się lekko o ścianę. Pomieszczenie jest pełne rysunków – na każdej wolnej przestrzeni ścian widnieją przeróżne szkice i obrazy. Przesuwam wzrokiem po tych małych dziełach sztuki, próbując zgadnąć, co inspirowało Nicole do stworzenia każdego z nich. Są tam twarze, krajobrazy, abstrakcyjne wzory – wszystko niesamowicie szczegółowe i pełne emocji. Zastanawiam się, ile czasu musiała poświęcić, żeby stworzyć coś takiego.
Nicole siedzi na krześle naprzeciwko mnie z ołówkiem w ręku. Marszczy lekko brwi w skupieniu, a potem nagle wybucha śmiechem.
– Amy, nie ruszaj się tak, bo cię źle narysuję! – mówi z udawaną powagą, ale zaraz obie zaczynamy się śmiać.
– Dobra, dobra, będę jak posąg – odpowiadam, próbując nie poruszyć nawet palcem, choć trudno mi zachować powagę, gdy Nicole tak się droczy.
Rozmawiamy o wszystkim i niczym, żartujemy i wygłupiamy się. Atmosfera jest luźna, a czas zdaje się płynąć szybciej, niż bym chciała. W końcu Nicole odkłada ołówek i z triumfalnym uśmiechem podchodzi do mnie z kartką w ręce.
– Gotowe – oznajmia z dumą, wręczając mi rysunek.
Spoglądam na niego i przez chwilę nie mogę wykrztusić słowa. Na papierze widzę siebie – taką, jaką nigdy nie widziałam w lustrze. Nicole uchwyciła coś więcej niż tylko moje rysy twarzy; w jej kreskach jest coś, co sprawia, że portret wydaje się żyć.
– Nicole… To jest niesamowite – mówię w końcu, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Masz prawdziwy talent.
Uśmiecha się lekko, a jej policzki robią się różowe.
– Myślisz? – pyta z pozorną skromnością, ale widzę, że jest z siebie zadowolona.
Siedzimy jeszcze chwilę w tej spokojnej, radosnej atmosferze, gdy nagle ciszę rozdziera przeraźliwy dźwięk alarmu bezpieczeństwa. Nicole i ja zamieramy, wymieniając zaniepokojone spojrzenia. Serce podchodzi mi do gardła – nie pierwszy raz słyszę ten dźwięk, ale nigdy nie przestaje budzić we mnie paniki.
– Co się dzieje? – spytała.
Nicole wstaje z krzesła, blednąc.
– Chodźmy do taty – Mówię, chwytając ją za rękę. Wybiegamy z pokoju i kierujemy się do centrum bezpieczeństwa, gdzie ojciec Nicole zwykle monitoruje systemy ochronne bunkra. Kiedy docieramy, widzimy go już pochylonego nad monitorami, twarz ma ściągniętą, oczy skupione na ekranach.
– Co się dzieje? – pyta Nicole, głos jej się lekko łamie, choć próbuje brzmieć odważnie.
Ojciec rzuca nam krótkie spojrzenie, potem z powrotem wpatruje się w ekrany.
– Trzech mężczyzn – odpowiada rzeczowo, wskazując na jeden z monitorów.
Podchodzę bliżej i widzę ich na obrazie z kamery. Stoją przed głównym wejściem do bunkra. Są ubrani w ciemne kurtki, twarze częściowo zakryte kapturami i szalikami. Jeden z nich wali pięścią w drzwi, drugi czegoś szuka w plecaku, a trzeci trzyma w rękach coś, co przypomina metalowy łom. Czuję, jak strach wpełza mi pod skórę.
– Co oni chcą? – pytam szeptem.
– Próbują się dostać do środka – odpowiada ojciec, stukając w klawiaturę, by sprawdzić blokady. – System nadal działa. Drzwi są zamknięte.
Nicole stoi nieruchomo, zaciska dłonie w pięści.
– A co, jeśli się dostaną? – pyta cicho, głos jej drży.
Ojciec spogląda na nią przez ramię, jego spojrzenie jest twarde, ale nie bez emocji.
– Nie dostaną się – mówi stanowczo. – Musimy zachować spokój.
Patrzę na kamery. Jeden z mężczyzn trzyma coś przypominającego małe urządzenie elektroniczne i przystawia je do zamka. Nie znam się na technologii, ale wygląda to jak próba obejścia systemu.
– Próbują zhakować zabezpieczenia – mówię, a ojciec kiwa głową, jego palce szybko przeskakują po klawiaturze.
– To tylko kwestia czasu, zanim się poddadzą – mówi, choć w jego głosie słychać napięcie. – Nasz system jest solidny, ostatnim razem kiedy przyśli nie byłem przygotowany, musiałem z nimi walczyć, pewnie pamiętacie? - Lecz teraz gdy zajęłam się jakis czas temu systemem, jest on prawie nie do pokonia.
Nicole robi krok w tył, jej oczy są szeroko otwarte, a oddech przyspieszony. Chcę ją uspokoić, ale sama ledwo trzymam nerwy na wodzy.
– Może powinniśmy... – zaczynam, ale nie wiem, co właściwie chcę zaproponować. Ukryć się?
Ojciec zerka na nas z determinacją.
– Musicie mi zaufać – mówi. – Teraz żadnych ruchów.
Przez kilka minut stoimy w napięciu, obserwując monitory. Mężczyźni próbują różnych metod, ale nic nie działa. W końcu jeden z nich gestykuluje do reszty, a potem zaczynają się wycofywać w stronę lasu widocznego na drugim monitorze.
Ojciec odsuwa się od ekranu i bierze głęboki oddech.
– Na razie się wycofali – oznajmia, ale nie brzmi na uspokojonego. – Musimy podnieść poziom zabezpieczeń. To już drugi raz w tym tygodniu.
Nicole kiwa głową, choć wciąż wygląda na wystraszoną. Ja z kolei czuję, że to dopiero początek.
Ojciec siedzi przy monitorze, jego palce szybko stukają w klawiaturę. My z Nicole stoimy w kącie, jakbyśmy bały się, że każde nasze słowo może go rozproszyć. Ciszę przerywa ciche, złowrogie piknięcie. Na jednym z ekranów pojawia się komunikat, którego nie rozumiem – jakaś linia kodu, migająca na czerwono.
Ojciec marszczy brwi, potem wzdycha i zaczyna sprawdzać coś w systemie. Widać, że jest zaniepokojony.
– Co się dzieje? – pyta Nicole, a ja widzę, że nawet stłumienie swojego strachu przychodzi jej z trudem.
Nie odpowiada od razu. W końcu odsuwa się od monitora, opierając ręce na biodrach. Chodzi tam i z powrotem po pokoju, rzucając niespokojne spojrzenia na ekran.
– To nie była zwykła próba włamania – mówi w końcu, jego głos brzmi inaczej niż zwykle. Jakby ledwo panował nad swoim lękiem.
– Co masz na myśli? – dopytuję, czując, jak napięcie ściska mi żołądek.
Ojciec odwraca się do nas, wskazując na ekran.
– Wygląda na to, że zostawili coś w systemie – program, który próbuje się zagnieździć w naszych zabezpieczeniach. To jak... elektroniczny wirus.
Nicole blednie jeszcze bardziej.
– I co teraz? Możesz to usunąć?
Ojciec zaciska usta, wraca do monitora i zaczyna klikać w różne opcje. Jego ruchy są chaotyczne, jakby nie był pewien, co robić. Nigdy nie widziałam go takiego – zawsze wydawał się mieć wszystko pod kontrolą, zawsze był o krok przed potencjalnym zagrożeniem. Teraz... wygląda na zagubionego.
– Próbuję – odpowiada, choć w jego głosie słychać, że nie jest pewny. – To skomplikowany kod, bardziej zaawansowany niż cokolwiek, z czym miałem wcześniej do czynienia.
Obserwuję go, czując, jak mój własny niepokój narasta. Ojciec znów odsuwa się od monitora, zaczyna chodzić po pomieszczeniu, kręcąc głową.
– Jeśli ten program zadziała, mogą zdobyć dostęp do wszystkiego – mówi, bardziej do siebie niż do nas. – Do naszych kamer, do zamków...
Zaczyna wymieniać możliwości, a każda kolejna brzmi gorzej od poprzedniej. Czuję, jak serce mi przyspiesza, a powietrze w pokoju wydaje się nagle ciężkie.
– Ale system jest jeszcze bezpieczny, prawda? – pytam, próbując zmusić go do uspokojenia nas, choć sama wiem, że odpowiedź może być inna, niż chciałabym usłyszeć.
Ojciec zatrzymuje się na moment, patrzy na mnie, a potem znowu wraca do monitora.
– Na razie tak. Ale muszę to naprawić, zanim cokolwiek się zmieni.
Jego nerwowe ruchy i ciche przekleństwa, które wymykały mu się spod nosa, sprawiają, że czuję się jeszcze bardziej nieswojo. Nicole przyciska dłoń do ust, jakby próbowała powstrzymać łzy.
– Tato... czy ktoś wie, że tu jesteśmy? – pyta cicho.
Ojciec spogląda na nią przez ramię.
– Nie wiem. Ale jeśli ci ludzie mają tak zaawansowaną technologię, to może być tylko kwestia czasu.
Jego słowa brzmią jak wyrok. Nie wiem, co powiedzieć. Czuję, jak rośnie we mnie strach, który miesza się z bezradnością. Co, jeśli to wszystko nie wystarczy? Co, jeśli ci ludzie znajdą sposób, by nas tu dorwać?
Ojciec znów siada przy monitorze, ale jego ręce drżą, gdy stuka w klawiaturę. Po raz pierwszy widzę go jako kogoś, kto nie ma planu. A to sprawia, że boję się jeszcze bardziej.
Obserwuję ojca, który gorączkowo stuka w klawiaturę, aż nagle wszystko dzieje się jednocześnie – ekrany migają na czerwono, a potem gasną. Jeden po drugim systemy zabezpieczeń zaczynają się wyłączać, jakby ktoś pociągnął za niewidzialny przełącznik. Alarm włącza się i po chwili milknie, a w bunkrze zapada niepokojąca cisza.
Ojciec wpatruje się w monitory, z których teraz zieje pustka. Jego twarz, zazwyczaj pełna determinacji, staje się blada jak kartka papieru.
– Nie… – szepcze. – To nie może być prawda.
Nicole podchodzi bliżej, jej głos jest drżący.
– Tato, co się dzieje?
Ojciec kręci głową, jakby próbował się obudzić z koszmaru.
– System... – mówi, jego głos jest cichy, a potem nagle wybucha głośniej, z rozpaczą. – System się wyłączył!
Czuję, jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach. Nicole chwyta mnie za rękę, jakby szukała oparcia, a ja sama ledwo stoję na nogach.
– Jak to możliwe? – pyta Nicole, a jej głos jest już niemal histeryczny. – To niemożliwe, prawda? Zawsze mówiłeś, że system jest nie do złamania!
Ojciec zaciska dłonie na krawędzi biurka, jego oczy wpatrują się w ekrany, jakby mógł zmusić je do ponownego działania siłą woli.
– To nie może być prawda – powtarza raz za razem, jak mantrę. – To... to niemożliwe.
Jego strach jest niemal namacalny, a ja czuję, jak mój własny strach zaczyna mnie przytłaczać. System miał być naszym murem obronnym, naszym schronieniem. A teraz? Wszystko jest wyłączone – kamery, zamki, czujniki ruchu.
– Co teraz? – pytam, próbując zachować spokój, choć głos mi się łamie. – Tato, co mamy robić?
Ojciec podnosi na mnie wzrok, ale widzę, że nie ma odpowiedzi. Przez moment wygląda na kompletnie zagubionego. W końcu podnosi rękę do twarzy, przeciera ją, jakby próbował zebrać myśli.
– Muszę to naprawić – mówi bardziej do siebie niż do nas. – Muszę… Ale jak?
Nicole zaczyna płakać cicho, stojąc obok mnie. Ja czuję, jak nogi miękną mi pod ciężarem strachu. Patrzę na ojca, który zawsze był naszym oparciem, a teraz wydaje się bezbronny.
– Jeśli system jest wyłączony... – zaczynam, ale nie mogę dokończyć. Myśl jest zbyt przerażająca. Bez systemu ci ludzie mogą nas znaleźć, mogą się tu dostać.
Ojciec znów siada przed monitorem, dłonie drżą mu, gdy próbuje coś wpisać na klawiaturze, ale nic się nie dzieje. Nic.
– To nie może być prawda – powtarza, jego głos jest teraz ledwo słyszalny.
Czuję, że w tej chwili wszyscy jesteśmy na skraju paniki. Bez systemu nie jesteśmy bezpieczni. A ci ludzie są gdzieś tam, na zewnątrz.
CZYTASZ
Black Mist
AzioneAmy i Nicole, dwie młode siostry, wierzyły, że bunkier, w którym schronili się przed śmiertelną epidemią, jest ich jedynym ratunkiem. Ojciec, wybitny naukowiec, zapewniał je, że na zewnątrz nie ma życia - tylko śmierć i zniszczenie. Jednak ich azyl...
