Alpy szwajcarskie. 20 lutego 1940, godzina 17:25 (UTC+1)
Skoczył. Hubert kierował się w dół z dużą prędkością. Miał do pokonania piętnaście tysięcy metrów spadania. Bał się, ale wiedział, że to jedyny sposób, aby przeżyć. Wiedział kiedy otworzyć pierwszą warstwę spadochronu, dlatego też, pociągnął pomału za linkę. Wielkie było jego zdziwienie, kiedy nic się nie stało. Najwyraźniej spadochron się zaciął.
- Co się dzieje? - przestraszył się. Postanowił zaryzykować i zdjął plecak, złapał szelkę i spojrzał na lekko otwartą kieszeń plecaka. Spadochron nie wysunął się do końca. Już miał to poprawić, kiedy nagle otworzył się i spadał wolniej. Hubert złapany prawej szelki, powoli ją odrywał, dlatego też pospiesznie złapał lewą i założył plecak z powrotem.
Leciał spokojnie. Po chwili doszedł do wniosku, że należałoby puścić kolejną warstwę, więc tak też zrobił. Ale na jego nieszczęście ona także się zacięła.
- A niech to! - zdenerwował się Hubert.
Został mu już niespełna kilometr do ziemi, a teren pod nim widział jak na dłoni. Był to zaśnieżony las pod jakąś górą na granicy Szwajcarii i Austrii (wtedy III Rzeszy). Na szczęście spadochron otworzył mu się w ostatniej chwili. Jednak nie uratowało go to przed wpadnięciem w ogromną zaspę śnieżną. Na szczęście po chwili się z niej wygramolił. Wiedział, że musi jak najszybciej dostać się do cywilizacji. Nie miał ze sobą picia ani wody, a śnieg prószył mu w twarz.
„Spokojnie, Hubert" – myślał. - "To tak jak na treningu, a skoro tam dałeś radę, to i tu dasz."
I rzeczywiście. Nawet szło mu nieźle. Próbował przedrzeć się przez grubą warstwę śniegu, jednak w końcu musiał paść. Nie jadł nic od śniadania, czyli dziesięć godzin. Tak więc upadł na biały puch. O dziwo nie było mu aż tak zimno, chociaż miał na sobie tylko strój żołnierza i maskę tlenową, pod ręką. Wtedy poczuł ból. Zupełnie jakby sobie coś odmroził, jednakże źródło pochodziło z wnętrza jego ciała. Uklęknął i zaczął krzyczeć wniebogłosy. Działo się z nim coś niezwykłego. Jakieś przezroczysto-niebieskie promieniowanie wlatywało do jego dłoni, przez ręce dostawało się do całego ciała.
- Co się ze mną dzieje? - darł się. Nie mógł znieść nieustającego kucia w klatce piersiowej. To było jak atak serca, lecz czuł, że to nie to. Prowadził zdrowy tryb życia i dbał o siebie, więc był stuprocentowo pewien. Nie mógł jednak nic zrobić. Z każdą sekundą przybywało coraz więcej promieniowania, a Hubertowi robiło się coraz zimniej. W końcu zemdlał.
Alpy szwajcarskie, 20 lutego 1940, godzina 18:43 (UTC+1)
Obudził się. Znajdował się w jakiejś jaskini. Leżał o dziwo na wygodnym łóżku. Przed nim stał stolik, a na nim taca z jedzeniem i piciem. Hubert od razu rzucił się na trzy kromki chleba z szynką, camembertem i jajkiem oraz butelkę wody. Nagle, w połowie picia zauważył, że ktoś mu się przyglądał.
Był to, siedzący na drewnianym krześle pięć metrów dalej, mężczyzna o długich rudych włosach. Miał zielone oczy, zadarty nos, oraz bokobrody i kozią bródkę. Nosił ciemnozieloną szatę oraz brązowy pas ze srebrną klamrą. Natomiast na jego plecach zwisała, sięgająca mu stóp, oliwkowa peleryna. Miał także czarne buty zdobione w coś co przypominało srebrne łodygi. Mężczyzna najwyraźniej był człowiekiem starej daty, ponieważ przez swój ubiór wyglądał dla Huberta staroświecko. W dodatku na czymś co przypominało kamienny wieszak wisiał należący do niego strój niczym z westernu i oczywiście kapelusz.
W każdym razie siedział na drewnianej ławce i czekał aż Hubert się obudzi. Obok niego leżała jakaś drewniana, gałęziopodobna laska.
- Eee... Fajny badyl? - Hubert niepewnie się odezwał.
- To nie jest zwykły kij - odparł nieznajomy. - Jest to magiczna laska, która potrafi tworzyć pnącza, drzewa... Ogółem dzięki niej mogę wznosić cuda natury.
CZYTASZ
Drużyna Y
Science FictionKontynuacja wątków z powieści "Akrobata". Michał Stopczyk to osiemnastolatek, który razem ze swoim zespołem muzycznym zdobył sławę w świecie dwudziestego drugiego wieku. Jednak gdy odkrył w sobie niesamowitą moc, Gen Y, jego życie obróciło się o 1...
