Rozdział 13: Upadek

18 2 0
                                        

Alpy szwajcarskie. 20 lutego 1940, godzina 17:27 (UTC+1)

Podczas gdy Hubert walczył ze spadochronem, Filip, Michał, Łukasz i Jarowit dzielnie ostrzeliwali kolejne Cyberloty. A przynajmniej próbowali. Jako że Roboty Transformacyjne potrafiły latać bez przemiany, to były one świetnie wyszkolone w walce podczas lotu oraz unikach w powietrzu. A nawet jeśli komuś udało się jednego zestrzelić, to po chwili wracały do nich, już w normalnej postaci.

- Ma ktoś w końcu jakiś pomysł? - spytał lekko poddenerwowany Michał. - Jarowit, wymyśl coś. Ty tu jesteś naszym mózgiem.
- Nie mogę. Cały czas myślę o Hubercie. Z jego lękiem wysokości mogło być to dla niego trudne przeżycie. Zresztą o innych też się martwię - Jarowit był roztargniony. - A poza tym: Ale z was lenie, toż to już sami strategii nie umiecie wymyślić?!
- Ej! Nie kłóćmy się. Na pewno jakoś pokonamy te Cyberloty – Łukasz zachował pozytywne myśli. - Poza tym Hubert na pewno opanował ten lęk i da sobie radę.
- Dobra, niech wam będzie – mówił Jarowit. - Ale tych samolotów rzeczywiście nie da się pokonać!
Filip westchnął.

- Najwyraźniej Bóg chce abyśmy tę bitwę przegrali. Nie zawsze możemy wygrywać...

- Ale jednak trzeba zwyciężyć, w dobrej sprawie! - Michał nie dawał za wygraną. - Zobaczycie jeszcze ich pokona...

I w tym momencie w samolot Michała trafił pomarańczowy laser. Maszyna powietrzna rozpadła się na dwie części. Chłopak szybko wyskoczył ze spadochronem.
- Nie! - krzyknął Filip. Jego najlepszy przyjaciel oberwał. Wiedział, że byli dobrymi kumplami, ponieważ to właśnie z nim stracił pamięć, więc na pewno mieli ze sobą coś wspólnego. Ponadto na każdej bitwie dumnie walczyli ramię w ramię i świetnie się dogadywali. Zaczął więc wściekle ostrzeliwać kolejne samoloty. Zestrzelił dwa z nich, a roboty pospadały, nie mogąc wznieść się przez zadane obrażenia. Po chwili jednak Filip jak i Łukasz podzielili los maszyn oraz Michała.
- Lećcie, chłopaki. Ja się nimi zajmę - powiedział kapitan.
- Nie zgrywaj bohatera, Jarowit! - odparł Łukasz. - Wiesz, że to kwestia czasu zanim i ciebie trafią.
- Jeśli uważa tę strategię za stosowną, to niech będzie. To on tutaj dowodzi - odparł Filip.
- No, dobra trzymaj się, stary.

To były ostatnie słowa, jakie Łukasz wypowiedział przez radiowęzeł. Wyskoczył ze spadającego kokpitu, a po chwili pociągnął za linkę od spadochronu. Wtedy szybko dogonił Michała i Filipa, którzy o dziwo nie mieli na sobie plecaków. Tak się bowiem składało, że w samoloty obu chłopaków, na dokładkę uderzyły Cyberloty, a pod wpływem wstrząsu wypadło z nich kilka innych pakunków, w których znajdował się prowiant albo bronie typu granaty. Wśród nich były także te ze spadochronami.

- Świetnie! - krzyknął Filip. - Po prostu świetnie! Teraz trzeba jak najszybciej znaleźć odpowiednie plecaki. Inaczej zostaną z nas tylko płaskie placki...
- Dziękuję za przedstawienie sytuacji, Kapitanie Oczywisty! – odparł Michał. - Ale może zamiast gawędzić, byśmy spróbowali znaleźć spadochrony?
- Obyśmy tylko zdążyli...
- Spokojnie, nie wściekajcie się na siebie – powiedział Łukasz. - Jeśli się pospieszycie, to złapiecie je kilka tysięcy metrów nad ziemią.
- Łatwo ci mówić. Nie ty spadasz szybko bez szans na przeżycie, podczas gdy ciśnienie próbuje zmiażdżyć ci uszy...

Tak więc poszukiwania zaczęły się i trwały w ekstremalnych warunkach. Po dwudziestu sekundach Filip złapał jeden z plecaków i go założył. Pomyślał sobie, że jest uratowany, ale po chwili zauważył, że była to zwyczajna torba. Obrócił ją do góry nogami i rozpiął zamek. Wyleciała z niej kanapka z tuńczykiem.
- Co do...?! - powiedzieli jednocześnie Filip i Łukasz.
- Yyy... No wiecie... Jeden z plecaków z prowiantem... – wyjaśnił Michał.
- Świetnie! Więc jednak mam się o co wściekać!
- No, tak jakby...

Zabrali się za dalsze poszukiwania. Niestety Filip i Michał w końcu wyprzedzili Łukasza, a cały czas pozostawali bez spadochronów. Pozostało im półtora kilometra do ziemi. Na szczęście w porę znaleźli właściwe plecaki. Po chwili dogonił ich Łukasz. Następnie każdy z nich odpalił drugą warstwę. Wyglądało na to, że czekało ich bezpieczne lądowanie. Wydawało by się, że nic nie mogło obrócić się przeciwko nim.

Tymczasem Jarowit był pochłonięty walką z Cyberlotami. Pozostały do pokonania dwa z nich oraz pięć robotów.
„Muszę wymyślić coś przeciwko tym metalowym puszkom" – myślał Jarowit. – Dobra zaryzykuję."

Tak więc postanowił wznieść się ostro w górę. Skierował samolot coraz bardziej do góry, aż w końcu leciał prawie całkowicie pionowo. Cyberloty i roboty miały za zadanie go ścigać, a więc zrobiły to samo i o ile one dawały sobie radę, tak Jarowitowi trochę nie wychodził lot wyżej. Roboty Transformacyjne strzelały do niego. Wszędzie latały pomarańczowe lasery, ale on zgrabnie omijał pociski. Pomału dolatywał do granicy Stratosfery z Mezosferą. Żaden samolot nie latał tak wysoko. Jednakże to był Jarowit, a więc często modyfikował swój pojazd. Jednak nawet on nie dawał rady na tej wysokości. Coraz ciężej mu się oddychało, nawet w masce tlenowej. W końcu szybował na wysokości dziewięćdziesięciu paru kilometrów nad ziemią. Z takiej odległości ledwo dostrzegł granicę Alp z równinami. Ledwo, ponieważ tracił przytomność. Nie mógł oddychać, a więc szybko skierował się w dół. Roboty wyprzedziły go z zadziwiającą prędkością i poleciały jeszcze wyżej.

Tymczasem samolot Jarowita obrócił się i zaczął pędzić w dół. Wyglądało na to, że miał się rozbić, jednak trzydzieści kilometrów nad ziemią otrząsnął się. Rozejrzał się. Nikt ani nic go nie śledziło. Roboty prawdopodobnie pędziły tak szybko, że wyleciały poza granicę atmosfery i w tamtym momencie latały bez grawitacji po orbicie okołoziemskiej. Była to tylko teoria chłopaka, ale jako że nie miał nikogo na ogonie, to była całkiem możliwa. Po chwili jednak postanowił skupić się na próbie przeżycia. Chwycił za ster i zaczął układać samolot w pozycji poziomej. Zostało mu dziesięć kilometrów do zderzenia z ziemią. Pojazd lekko się przechylił, ale nie wystarczająco. Z całej siły próbował go ułożyć, aż w końcu zaczęło mu się to udawać, gdy zostało mu jakieś pięćset metrów do ziemi. Jego samolot ułożył się w poziomie w ostatniej chwili, a on pędził kilka metrów nad gruntem z taką prędkością, że aż kłosy z pola powyrywał. To dopiero było przeżycie. Wiedział jednak, że nie mógł odpoczywać. Musiał wracać do Alp, by odnaleźć przyjaciół i dowiedzieć się czy żyją.

Wyglądało jednak na to, że musiał stracić co najmniej kilka godzin na podróż, gdyż ci wylądowali na granicy Szwajcarii i Austrii, a on znajdował się na terenie Włoch, niedaleko granicy ze Szwajcarią.

Właśnie. A gdzie byli chłopacy? Znajdowali się na jakiejś polanie między dwoma górami. To znaczy Łukasz i Michał. Bowiem Filip zahaczył spadochronem o gałąź pobliskiego drzewa i zwisał trzy metry nad ziemią.
- Szlag! - zdenerwował się Filip. Wiercił się, ale to nic nie dawało. Spadochron jak wisiał, tak wisiał. W końcu jednak od drzewa oderwała się gałąź, a on spadł na metalową blachę, która leżała pod drzewem i stracił przytomność.

- No ładnie, ale co robi tutaj jakiś kawałek metalu?! - zdziwił się Łukasz.

- To tylko dach jednego z naszych więzień, który odleciał w wyniku niedawnej wichury - powiedział ktoś po niemiecku

- Chwila, więzień?! - odpowiedział przestraszonym głosem Łukasz.

Obrócili się powoli. Ich oczom ukazała się dziesiątka niemieckich żołnierzy, a w oddali kilka budynków ogrodzonych płotem z drutem kolczastym.

Michał przełknął ślinę, po czym odparł:

- No to po zawodach.

Drużyna YOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz