Torchwoodowski SUV skręcił z drogi w wąski przesmyk pomiędzy kamiennymi murkami, zjechał w dół, ku rzece i zatrzymał się na żwirowym parkingu. Słońce ledwie przebijało się przez grubą warstwę chmur. Było zimno, ale dreszcz, który przebiegł przez ramiona Jacka Harknessa niewiele miał wspólnego z paskudną pogodą. Gwen Cooper otworzyła drzwiczki i wyskoczyła na żwir po drugiej stronie landrovera. Ianto Jones marudził przy odłączaniu laptopa.
Jack wyjął kluczyki ze stacyjki, wysiadł z samochodu i okrążył go, zatrzymując się obok Gwen, która stała z ramionami skrzyżowanymi na piersi, patrząc w górę zbocza, na błękitną policyjną budkę wystającą z łąki niczym chory kciuk. Postawił wyżej kołnierz wojskowego płaszcza, czując jak na twarzy osiadają mu zimne krople mżawki.
- Jest tutaj – powiedział. – Dlaczego tutaj?
- Doktor? – zapytała Gwen niepewnie. Dla niej Doktor był postacią nieco mityczną, ale wiedziała, że Jacka łączyła z nim bardzo bliska więź. Znając Jacka, zastanawiała się nieraz, jak bliska.
- TARDIS – odparł Harkness. Odrzucił poły płaszcza i pomaszerował długimi krokami w górę zbocza, ignorując ścieżkę i kierując się prosto na drewniany obiekt, który, jak wiedziała, był najwspanialszym statkiem kosmicznym wszechświata. Cóż, z pewnością na to nie wyglądał.
Gwen podążyła za nim, omijając rozmiękłe od wilgoci owcze odchody.
Jack próbował otworzyć drzwi budki. Nie ustąpiły. Zacisnął pięść i załomotał w deski. Żadnej odpowiedzi. Przez chwilę stał z przekrzywioną głową, wpatrując się w TARDIS, potem zgiął się nagle i sięgnął do czegoś na ziemi. Wyprostował się rozcierając pomiędzy palcami brunatną substancję. Rozwarł palce, powąchał je, zwarł znowu, jakby wypróbowywał jej lepkość.
- Krew? – Gwen stanęła obok, niepewnie spoglądając na budkę. – Czyja?
Nie spodziewała się odpowiedzi, i miała rację. Jack ruszył nagle w dół zbocza, popędził do drogi łopocząc połami płaszcza i wymiajając w pędzie zaskoczonego Ianto, pognał w stronę znaczonego kamieniami brodu na rzece. Gwen zmrużyła oczy, próbując dostrzec, co przykuło jego uwagę. Po chwili i ona biegła ku rzece.
Pomiędzy dwoma płaskimi kamieniami zaklinowało się ciało starszego mężczyny. Jego ubranie, skórę i żebra przecinała długa, potworna szrama.
Jack stał nad nim nieruchomo, z poszarzałą twarzą i pytaniem malującym się w błękitnych oczach. Gwen zatrzymała się obok, a potem przyklękła na mokrych kamieniach, aby lepiej przyjrzeć się zwłokom.
- Jego krew?
- Nie zrozum mnie źle – powiedział Jack bardzo sucho i ostro. – Ale chciałbym, żeby to była jego krew.
Odwrócił się i marszcząc brwi popatrzył ku TARDIS.
- Chciałbym, żeby to była jego krew – powtórzył.
CZYTASZ
Doktor Who - 01. Czas Zaprzyszły
FanfictionCzęść pierwsza wirtualnej serii piątej. Dziesiąty Doktor stracił kolejną towarzyszkę podróży. I znów zabolało jak diabli. Stracił Donnę, stracił ją tak absolutnie, jak ona utraciła wszelkie wspomnienia o wspólnych przygodach. Tak jak ona straciła t...