12. Chyba cię kocham

304 46 13
                                        




Rzeczywistość dopadła mnie szybciej niż bym sobie tego życzyła. Setki maszyn czekających na pomoc i ja jedna ze sprzętem który starczy dla mniej niż połowy potrzebujących. Przetarłam pot z czoła. Na prowizorycznym stole operacyjnym leżał pacjent któremu przetaczałam krew. Maszyna błądziła wzrokiem po całym pomieszczeniu, jakby bała się, że zaraz ktoś ją zaatakuje. Przeklęłam w myślach osoby przez które czuje się zagrożona. Ścisnęłam jej ramię na znak tego, że jestem z nią i jest bezpieczna. Mały gest ale skutecznie ją uspokoił.

— Nieźle ci idzie — zagaił Marcus. Plątał się po naszym „oddziale" i co jakiś czas kontrolował czy wszystko jest w porządku. Niepoprawny optymista.

W pomieszczeniu mieściło się około pięćdziesięciu stołów, desek i tego co można było nazwać łóżkami. Natomiast ja byłam sama. W Jerychu tkwiłam już od kilku godzin a robota zdawała się nie mieć końca. Zaczęło się ściemniać, przez co w magazynie pozbawionym okien z jedynym wylotem na suficie, zaczęło robić się jeszcze ciemniej. Jedynym źródłem światła stały się pochodnie które zrobili sobie wygnańcy.

— Jeśli radzeniem sobie nieźle, można nazwać majstrowanie w ciemnościach to tak. Idzie mi zajebiście. — odparłam i podniosłam się z miejsca które zajmowałam. Otrzepałam spodnie i omiotłam spojrzeniem salę. Narazie nikt nie potrzebował pomocy.

— Zrobiłaś dla nas bardzo dużo. Bez ciebie nie dożyliby jutra. — wskazał dłonią na pacjentów.

Serce mi rosło gdy widziałam, że zrobiłam coś dla tych istot. Będę im pomagać rak długo jak będzie trzeba. Nie przestanę dopóki to piekło się nie skończy.

— Musimy porozmawiać. — powiedziała jakaś damska wersja androida. Złapała Marcusa za ramię i zaczęła ciągnąć w stronę schodów. Skinieniem głowy zakomunikował mi żebym poszła za nimi.

— Wiemy już gdzie skasują broń. Potrzebujemy jej. — zaczęła ruda dziewczyna i nakreśliła dłonią punkt na mapie. Zmarszczyłam nos.

— Potrzebujecie części, nie broni — odparłam i nachyliłam się nad stołem gdzie stało jeszcze kilka osób.

Dziewczyna spojrzała na mnie z czymś w rodzaju czystej nienawiści w oczach. O co jej chodzi? Nie znam jej. Szczerze to widzę ją pierwszy raz od momentu kiedy przybyłam do tego miejsca.

— To nie twoja sprawa, lekareczko.

— A właśnie, że moja. Nie dam rady wam pomóc jeśli was złapią. Połowa z was nie jest w stanie sama wstać a ty planujesz napad na magazyn z bronią? Marny pomysł. — powiedziałam i zmierzyłam ją wzrokiem. Nie muszę jej znać a ona nie musi mnie lubić. Ale gdzie jest logiczne myślenie? Jaki jest sens ryzykowania życia kiedy nie wszyscy są w pełni sił?

— Kto ją tu w ogóle wpuścił? — odparła jakby kompletnie nie słuchała tego co przed chwilą powiedziałam.— To przez takich jak ona tkwimy w tej dziurze. — dodała i zrobiła krok do przodu. Jędza.

— Ja ją tu wpuściłem i to był bardzo dobry pomysł. Dzięki niej żyję i tamci też mają taką szansę. Odpuść sobie. Miriam ma rację. — Powiedział Marcus a tamta fuknęła i wyszła. Obrażalska. Dogadałaby się z moim ojcem.

— Mogłabym spróbować załatwić więcej części od Cyber Life. — powiedziałam kiedy atmosfera uległa poprawie po wyjściu księżniczki dramatu.

— Dobry pomysł. Kiedy będziemy w pełni sił, posuniemy się do przodu. Myślałem nad protestem. Możemy im pokazać, że nie jesteśmy agresywni. — Powiedział Marcus a kilka androidów pokiwało głowami. To było najprostsze wyjście.

Just MachineOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz