5

39.9K 1.1K 38
                                        

Zapadający się za mną materac uświadomił mi, że Seth położył się obok. Przyciągnął mnie do siebie, wtulając nos w moją szyję, a ja mogłam poczuć, jak zaciąga się moim zapachem. Czułam jego ciepło, jego obecność, a jednak umysł wciąż wędrował w kierunku chaosu, który wdarł się w nasze życie — wampiry, wygnańcy, łowcy... Wszystko naraz.

— Dobra. Co jest? — wyszeptał, a ja położyłam się na plecach, patrząc w sufit.

— Czy to nie dziwne, że nagle wszystko wraca? — zaczęłam niepewnie. — Wampiry atakują, łowcy wracają, wygnańcy szaleją...

— Nie myśl o tym — mruknął, pogłaszczając mój policzek.

— Jak mam nie myśleć, skoro dzisiaj zaatakowali mojego przyjaciela?

— W porządku... co chcesz z tym zrobić?

— Sama nie wiem... — odpowiedziałam cicho, czując jak serce bije mi szybciej z bezradności. Przez dłuższą chwilę trwała cisza, ciężka i gęsta, której żadne z nas nie chciało przerywać. Chciałam zareagować, pomóc, poczuć choć cień kontroli, ale ból bezsilności ciążył mi na klatce piersiowej.

— Powinnaś wiedzieć, jak się bronić — powiedział Seth, wreszcie łamiąc ciszę, wpatrując się we mnie uważnie.

— Potrafię zadbać o siebie. Naprawdę — zapewniłam, starając się brzmieć przekonująco.

— W postaci wilka — powiedział łagodnie, a ja natychmiast się wzdrygnęłam.

— O nie... nie ma mowy, nie przemienię się.

— Posłuchaj... — jego głos stwardniał, ale wciąż był czuły. — To boli, wiem. Ale jesteś już przy mnie. Nauczę cię kontroli, nauczę cię walczyć.

— Nie chcę — odpowiedziałam szorstko, odwracając się na bok.

— Ana... — westchnął ciężko.

— Nie akceptuję tego tak! Mógłbyś to zrozumieć — rzuciłam, a on odsunął się, marszcząc brwi, widać było jego frustrację.

— Pokażę ci, jakie życie wilka jest piękne. Daj mi tylko jedną szansę — powiedział cicho, ale stanowczo.

— Jedną szansę, Seth — odparłam, niepewnie, ale z nutą ciekawości w głosie.

Następnego dnia obudziłam się, czując pustkę obok siebie. Seth gdzieś zniknął. Niechętnie wstałam, przeszłam do łazienki, opłukałam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Jak zwykle blada, niebieskie oczy — moje odbicie wydawało się niezmienne, a jednak pełne napięcia i lęku.

Ubierałam dżinsy, które dała mi Lydia, i jego bluzę. Materiał pachniał nim, a ja westchnęłam, wtulając się w niego na moment, starając się złapać oddech i trochę odwagi. Zeszłam na dół.

Cały dom tętnił życiem. Wilkołaki, dorosłe i młodsze, spuszczały głowy na mój widok — szacunek czy ciekawość? Czułam się nieswojo, zmieszanie gnieździło się w mojej piersi. Uśmiechnęłam się delikatnie, maskując emocje, i ruszyłam za zapachem Lydii do kuchni.

Dziewczyna pomagała betom przygotować śniadanie. Zauważyła mnie, podniosła brwi, rozbawiona.

— To nie jest twoje miejsce, kochana — powiedziała, śmiejąc się cicho.

— Chcę pomóc — odpowiedziałam zdecydowanie.

— Luny nie pomagają w kuchni — rzuciła z lekkim uśmiechem.

— Jeszcze nie jestem Luną — wzruszyłam ramionami. — Poza tym chcę pomagać.

Dziewczyny spojrzały na mnie krytycznie, ale Lydia szybko przedstawiła mnie grupie: rudowłosa Rose miała dwadzieścia cztery lata, reszta była w podobnym wieku. Przez półtorej godziny przygotowywałyśmy śniadanie. To była długa chwila, podczas której uczyłam się nie tylko kuchennych obowiązków, ale też ich rytmu, współpracy.

Moja Na WiekiOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz