17 - Bad

325 43 21
                                        

- Co to jest?

Mój ojciec patrzył na mnie wzrokiem zimnym jak lód. Nie oderwał ode mnie zielonych oczu, choć podsunąłem mu pod twarz skrawek papieru, będący pokwitowaniem z banku na niemalże milionową sumę.

Nikt w naszej rodzinie nie miał tylu pieniędzy.

- Pytam się ciebie po raz ostatni - warknąłem, czując jak robię się czerwony na twarzy ze zdenerwowania - Co to, kurwa, jest?

Mężczyzna westchnął z rozczarowaniem, jakby czuł żal, że odkryłem jego brudny sekret. Omamił mnie bialymi kłamstwami. Mnie i moją mamę.

Czegoś takiego nie robi się rodzinie.

Ojciec wyjął mi z dłoni sfałszowany dokument. Nie byłem aż tak głupi, żeby tego nie zrozumieć. Spojrzał na mnie tymi oczami pełnymi kłamstw i niemych obietnic, takich, które można wypowiedzieć jedynie w nocy, a nie w biały dzień.

Patrzyłem jak mój własny ojciec, krew z krwi, wkłada sfałszowany rachunek pomiędzy grube pliki kartek. Strzelam, że były to inne podrobione dokumenty. Kiedy zamknął szufladę nie widziałem już nic poza jego bladym uśmiechem.

- Co z oczu to z serca - rzekł, nie tłumacząc mi się ani chwili dłużej.

To był ostatni raz, kiedy widziałem jakikolwiek dokument sfałszowany jego dłonią.




Mało brakowało, a spadłbym z łóżka, kiedy po przebudzeniu odkryłem, że druga połowa twardego materaca jest pusta. Zresztą identycznie było z pokojem motelowym. Był pusty.

Zostałem sam, co oznaczało tylko jedno.

Luke mnie wyrolował.

Znowu.

Zerwałem się na równe nogi. Cienka niczym płótno pościel owinęła się wokół moich kostek, a ja runąłem jak długi na podłogę. To by było na tyle, jeśli chodzi o moją grację z rana.

- Skończony debil! - syknąłem, waląc się z otwartej dłoni prosto w czoło. Ponowiłem uderzenie raz jeszcze i ponownie, aż skóra nie zapiekła mnie boleśnie, a mi nie zakręciło się w głowie.

Jak mogłem być taki głupi? Znowu dałem się nabrać. Dałem się omamić tymi jego biednymi oczkami i słodkim uśmiechem. Byłem skończonym kretynem.

Luke wystawił mnie do wiatru i znów użył do tego broni czysto fizycznej. Użył swojego ciała, podniecił mnie, po czym oddał mi się, tylko po to, aby uciec.

Moje oczy momentalnie wystrzeliły w stronę stolika, wypatrując zakupów oraz resztek pieniędzy. Wszystko było na swoim miejscu. Zostawił jedzenie, wodę, spirytus do przemywania ran, jak i bandaże oraz apteczkę... A na dodatek pieniądze, które porozrzucane leżały pod pudełkiem ciastek owsianych, przygniecione ciężarem tektury, aby wiatr nie poniósł ich ze sobą, wprost przez otwarte na oścież okno.

Pomimo wczesnej godziny - na oko była to piąta rano - słońce już powolutku kwitło na przejrzystym, błękitnym jak oczy tego zdrajcy, niebie. Zaciągnąłem się świeżym powietrzem, choć to niewiele pomogło. W motelu nie było klimatyzacji, a nawet jeśli takowa była to musiała nie działać, z racji, iż w pokoju panowała duchota.

Wyplątałem stopy z pościeli, skopując ją na bok, po czym oparłem ciężar ciała na kolanach. Syknąłem z bólu, czując jak siniaki na nogach doskwierają mi w tej pozycji bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Już nie żyje. Po prostu nie żyje, jak go złapię. Uduszę go i skończę to co zacząłem - mamrotałem, raz po raz klnąc siarczyście.

Ośmieliłem się podejść bliżej otwartego okna. Wyjrzałem przez nie, balansując na podbiciu stóp, w szczególności piętach, aby nie wypaść. Nasz pokój znajdował się na drugim piętrze, a budynek był całkiem wysoki jak na swój antyczny wiek. Aż dziwne, że sufit się jeszcze nie obsypał i nie runął mi na głowę.

¡wanted! (muke)Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz