Prawdziwe życie studenckie, o którym czyta się w książkach i które się widzi na filmach to zjawisko, które jednych dopada, a drugich nie. Jak choroba – niektórzy mają mniej, inni trochę więcej szczęścia. Ja znalazłem się, niestety lub stety, po tej gorszej – lepszej? – stronie mocy. Ciężko właściwie stwierdzić, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeden fakt pozostawał faktem.
Impreza była przednia.
Kac nie.
Ruszenie rano dupy z łóżka było wyzwaniem równym wysadzeniu Księżyca pudełkiem zapałek i dwoma bateriami, ale chcąc nie chcąc, w końcu jakoś sturlałem się z niego i poszedłem pod prysznic. Zastanawiałem się, czy to oznacza, że byłem w stanie wysadzić Księżyc, czy może jednak nie. To tylko dowodziło, jak bardzo rozwaliła mnie biba z poprzedniej nocy.
Zazdrościłem Lucy, że miała zajęcia dopiero na dwunastą, co oznaczało, że mogła spać jeszcze co najmniej cztery godziny. A ja? Ja, jak zwykle, skacowany, niewyspany i pewnie jeszcze pod wpływem musiałem iść na zajęcia na ósmą i jeszcze pisać kolokwium, które pewnie w dodatku obleję.
Życie było niesprawiedliwe. No ale... to przecież nie tak, że tego żałowałem. To znaczy, żałowałem. Jak miałem kaca. Pamięć długotrwała zdawała się nie rejestrować tego, jak beznadziejnie czułem się po każdej takiej imprezie i nieważne, jak często powtarzałem, że nie będę więcej pić, to były tylko puste słowa.
Za każdym razem, kiedy wychodziliśmy się zabawić, miałem wrażenie, że już lepiej być nie może, a potem wychodziłem znowu i bawiłem się jeszcze lepiej. Życie studenta było cudowną odskocznią od tego, do czego przyzwyczaiłem się będąc uczniem szkoły średniej. Na studiach nikt mi nie dyktował, co i jak mam robić. Byłem panem swojego życia i sam podejmowałem ważne dla mnie decyzje.
Rodzice nigdy w życiu nie pozwoliliby mi tak szaleć co weekend – a czasami nawet w tygodniu – ale studenckie życie miało swoje prawa, a moi rodzice już na szczęście nie.
Wyszedłem z łazienki, czując się odrobinę lepiej i poszedłem poszperać w lodówce za jedzeniem. Na szczęście kilka dni wcześniej zrobiliśmy zakupy, więc było jeszcze w czym wybierać.
Usiadłem przy stole, gapiąc się tępo w wyszczerbiony talerz, zupełnie jakby znał tajemnice wszechświata. Drugi rok studiów był o wiele cięższy niż pierwszy, którego nie przetrwała nawet połowa studentów przyjęta na rok, a to o czymś świadczyło. Nie miałem pojęcia, jakim cudem godziłem imprezowanie i studiowanie z dorywczym – bardzo – pracowaniem, ale chyba zwyczajnie byłem mądrzejszy niż myślałem, że jestem.
Ja i Lucy od początku mieszkaliśmy w mieszkaniu jej wujka, który z chęcią nam je wynajął. Była to dość duża, całkiem przyzwoicie urządzona kawalerka. Jej wuj wolał wynająć ją nam niż komuś obcemu, przynajmniej wiedział, z kim ma do czynienia i że nikt celowo nie narobi mu szkód. Dobrze nam się tam mieszkało, ale nie oznaczało to, że nie chciałem w przyszłości czegoś większego i swojego, a nie kawalerki w blokowisku, gdzie sąsiedzi słuchali, jak uprawiam seks ze swoją dziewczyną. I walą kijem od miotły w sufit, bo za głośno puszczam muzykę, której tak naprawdę nie puszczałem ja, tylko Lucy, ale to ja musiałem mieć jaja, żeby otwierać wkurwionym sąsiadom. Grr...
Włożyłem brudne rzeczy do zlewu, ubrałem trampki i kurtkę, zarzuciłem prawie pustą torbę na ramię i wyszedłem z domu.
Otuliłem się szczelniej kurtką, wsadzając ręce w kieszenie i idąc ślamazarnym krokiem na uniwerek. Miałem tylko kwadrans z buta, więc nie było sensu zawracać sobie głowy komunikacją miejską.
Zapaliłem jeszcze po drodze, nikotyną próbując zagłuszyć tępe pulsowanie w głowie. Serio, miałem wrażenie, jakby cała ekipa z dnia poprzedniego zdecydowała się urządzić imprezę w mojej głowie. Zgiełk tętniącego życiem miasta też mi nie pomagał. Na domiar złego, gdy już byłem jakieś sto metrów od wejścia do budynku, z zawrotną prędkością – i natężeniem dźwięku – minął mnie motor.
CZYTASZ
Granice 2
RomanceNigdy nie uważałem się za skomplikowanego faceta. Łatwy w obejściu, z niewygórowanymi wymaganiami i potrzebami. Już w liceum wiedziałem, że w przyszłości chcę poślubić Lucy Walkers i mieć z nią dwójkę dzieci, najlepiej chłopca i dziewczynkę. Miałem...
