5. Victor Lerlaine

266 15 4
                                        

Diana pov's

Czułam się dziwnie. Zamiast zmierzać standardową drogą do biura Mercy, szłam zupełnie w inną stronę do biura samego Victora Lerlaine.

Oficjalnie mogłam powiedzieć, że tam pracuje.

O mój boże.

Szczerze po tej rozmowie byłam ostro skołowana. Sama nie wiedziałam co o tym sądzić, nie spodziewałam się tej wizyty, bo przecież jeszcze godzinę przed tym mówił mi zupełnie co innego.

Tak naprawdę, gdyby nie ten blog napewno już bym tam nie wróciła, a co dopiero pracowała.

Po drodze zahaczyłam o kawiarnie biorąc standardową latte. Pogoda w Paryżu potrafiła być rożna, jednak dziś zdecydowanie ładna nie była, cóż napewno nie na mój cienki błękitny sweterek, na który nałożyłam jedynie płaszcz. W dodatku, wiał mocny wiatr, który rozwiewał moje włosy we wszystkie strony świata przez co wiele razy musiałam wygrzebywać kosmyki z ust, bo przyklejały mi się do błyszczyka.

Cicho westchnęłam gdy znalazłam się pod odpowiednim wejściem.

Weszłam do środka witając się z kobietą za biurkiem i pewnie ruszyłam do windy. Wybrałam odpowiedni przycisk i ruszyłam.

Po wyjściu udałam się do biurka gdzie widniało moje imię i nazwisko. Uśmiechnęłam się pod nosem ściągając płaszcz, powiesiłam go na małym wieszaku i usiadłam na wygodny fotel. Chwyciłam swoją teczkę wyciągając dokładne rozplanowanie wszystkie co zawarłam w artykule.

– Ty jesteś Diana? – nagle usłyszałam cichy głos, spojrzałam w bok gdzie stała blond włosa kobieta, która posyłała mi ciepły uśmiech. Pokiwałam niepewnie głową na co ta wyciągnęła ku mnie rękę. - Melisa jestem.

Uścisnęłam jej dłoń odwzajemniajc uśmiech.

– Jakbyś potrzebowała jakiejkolwiek pomocy jestem obok. Pan Victor mówił, że masz napisać listę zakupów na wystrój wybiegu i napisać dokładny opis stylizacji – wytłumaczyła na co pokiwałam głową cicho dziękując.

Wydawała sie naprawdę miła.

Odpaliłam laptop i zaczęłam tworzyć listę.

***

Spojrzałam na zegarek, dochodziła szesnasta a ja powoli kończyłam opis każdej ze stylizacji. Było to trochę trudniejsze niż myślałam, na moim blogu pisałam ogólnie a nie szczegółowo, a tu jednak musiałam się bardziej postarać.

Jeszcze w piątek powiedziałabym, że miałam Victora za inspiracje. Zawsze lubiłam czytać jego wypowiedzi w wywiadach, mówił tak swobodnie i przyjemnie...a teraz mam ochotę wylać na niego wrzątek.

Nie sądziłam, że okaże się tak zapatrzony w siebie.

Dlatego rozśmieszyło mnie to kiedy stanął w moim mieszkaniu i poprosił o pomoc.

Jak się dowiedziałam Victor wcale nie jest lubiany w branży, prawda jest wysoko postawionym projektantem ale niżej postawionym kolegą.

– Panno Davis? – usłyszałam głos obok siebie przez co spojrzałam na mężczyznę przede mną. O wilku mowa. – Idziemy na lunch.

–  Nie jestem głodna ale dziękuje za propozycje – uśmiechnęłam się tak szeroko na tyle ile mogłam, po czym znowu wróciłam do pisania.

– To nie było pytanie – powiedział a ja jedynie prychnęłam.

– Nie może mi Pan rozkazywać – powiedziałam z wyrzutem.

– W zasadzie to mogę...płace Pani za to. – wzruszył ramionami.

Co za...

– Może się Pan wypchać.

– Słownictwo panno Davis – skarcił mnie przez co uniosłam na niego wzrok marszcząc lekko brwi. Przymknęłam powieki biorąc głęboki wdech.

– Nie pójdę z Pananem na lunch, a teraz do widzenia i życzę smacznego.

Wywrócił oczami już więcej się ze mną nie kłócąc i wyszedł. Był ode mnie starszy o jedyne pięć lat a rządził sie jak mój ojciec.

Wróciłam do kontunacji pisania. Zostało mi ostatnie zdanie.

Dokończyłam je, zapisałam i w końcu zamknęłam laptopa odchylając się na krześle.

– Dowidzenia, Diano! – zerknęłam na Melisę, która machała w moją stronę, również uniosłam dłoń i jej odmachałam nie siląc się na słowa.

Zaczęłam robić porządek na biurku, wszyscy z tego pomieszczenia już dawno byli w domu, a ja jeszcze siedziałam przed biurkiem. Wszystko ładnie ułożyłam do teczki by wszystko było przygotowane na jutro.

Spakowałam wszystko i gdy ju miałam wstawać drzwi windy rozchwylily się a zza nich wyszedł Victor.

W ręce trzymał reklamówkę i powoli zmierzał  w moją stronę. Spojrzał na mnie a jego usta wykrzywiły się w głupim uśmiechu.

– Panno Davis mam dla Pani lunch – powiedział spokojniej podchodząc bliżej. Odrazu poczułam mocny zapach jego perfum.

– Dziękuję bardzo ale będę się już zbierać – mruknęłam do niego. – ale jeszcze raz dzięku...

– Mam spaghetti – przerwał mi a ja wstrzymałam ubieranie się.

– Chce mnie Pan przekupić? To jakiś podstęp?

– Nie po prostu nie chce żeby chodziła Pani głodna.

Westchnęłam poddając się. Usiadłam spowrotem na miejsce wyciągając dłoń ku reklamówce.

Wyciągnęłam makaron i widelec. Obok mnie usiadł chłopak biorąc swoje jedzienie.

– Więc gdzie pracowałaś wcześniej? – spytał i chyba uznał, że skoro nikogo nie ma obok i rozmawiamy jak dwójka normalnych ludzi to darujemy sobie formalności.

– A biurze Mercy La Mettrie. Pracowałam tam pół roku – zaśmiałam się gdy przypomniałam sobie jak bardzo błagałam ją o tą prace. – A jak to się stało, że jesteś jednym z wyżej postawionych projektantów, przecież masz dopiero dwadzieścia pięć...

– Dwadzieścia sześć – poprawił mnie. – Kiedy rodzice zmarli zostałem zmuszony do prowadzenia ich biznesu. Jestem młody i wysoko postawiony ale tylko i wyłącznie dlatego, że posiadam nazwisko ojca i matki oraz całe ich imperium.

– Rozumiem, napewno nie było to łatwe...

– Fakt, nie było.

Chwile milczeliśmy zajadając się swoim jedzeniem. Kiedy dokończyłam spojrzałam na towarzysza obok, który zapatrzon był w punkt przed sobą.

Tym razem jego czarne włosy zaczesane były bardziej do tyłu co dodawało elegancji, biała koszula wsunięta była w czarne spodnie. Jego oczy nie biły teraz takim chłodem jak wcześniej a dziwnym spokojem. Wydawało mi się, że właśnie widziałam innego człowieka. Zawsze gdy widziałam go na różnych stronach chodził spięty i zazwyczaj się nie uśmiechał. Teraz był zupełnie wyluzowany, jakby na chwile zdjął maskę, którą codziennie zakłada.

W pewnym momencie musiał poczuł, że mu się przyglądam, bo zwrócił głowę w moją stronę a nasze oczy się spotkały. Poczułam suchość w gardle gdy spojrzałam w jego ciemne zielone oczy. Przełknęłam cicho ślinę by ukryć lekkie zdenerwowanie. Jego oczy były takie puste i wyprane z jakichkolwiek emocji.

Był dla mnie tak ogromną zagadką...

Przymknęłam powieki spuszczając wzrok na swoje dłonie. Zaśmiałam się nerwowo znów go podnosząc. Nadal wpatrywał się we mnie a jego oczy wypalały mi skórę.

Wstałam chwytając za swój płaszcz.

– Dziękuje za lunch – szepnęłam cicho uśmiechając się delikatnie – Dobranoc Victorze.

Nie czekając na odpowiedz ruszyłam ku windzie.

***

I jak się podoba?

The missing pieceOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz